Święta Bożego Narodzenia, a transformacje

Z kołobrzeskiego ratusza spływa na starówkę kolęda. Choinka, przywieziona przez samego wicestarostę (aby była najpiękniejsza), ustrojona w czerwone kule i złote łańcuchy zdobi jego dziedziniec, Gwiazdki, gwiazdorzy, choinki – dziesiątki sznurów światełek w różnych kolorach na latarniach rozświetlają ulice i place. Świąteczny kiermasz pod namiotem to też dobry pomysł. Girlandy miedzy domami stroją starówkę. Świątecznego kolorytu dodają witryny sklepowe. Wyraźnie poprawia się wystrój miasta i tylko uprzykrzony deszcz i wiatr skraca wieczorne spacery. Święta tuż, tuż.

Chcę na święta spojrzeć przez czas, jaki udało mi się przeżyć. Jak zmieniały się one, gdy zmieniała się Polska? We wczesnym dzieciństwie takich dekoracji miasta nie widziałem. Urodziłem się w II Rzeczypospolitej, przeżyłem okupację, ale zaraz po wojnie w moim miasteczku święta były bardzo skromne. Nikt nie znał sztucznych choinek, a trudno było żywe postawić w oknach wystawowych małych sklepików. Zamajaczyło kilka bombek kolorowych, gwiazdeczka biała – wszystko ze szkła. Za to dużo misternie zrobionych z kolorowego papieru łańcuszków. Pamiętam, w domu zawsze była krzątanina – sprzątanie, szorowanie, pieczenie pierników. Bieganina na zakupy i znoszenie do kuchennej szafy. Pod klucz, bo trzeba postawić na wigilijny stół dwanaście potraw. Liczyłem je i nigdy dwunastu się nie doliczyłem. Wszystkiego w tym czasie brakowało. Rodzice część przywozili ze wsi od gospodarzy, część z targowiska na rynku, a inne rzeczy z małych sklepików. Coś niecoś podrzucała rodzina z większego miasta, na przykład czekoladowe cukierki, kawę, kakao. Nawet karpie z pobliskich stawów były chyba mniejsze. Ale karp musiał być.

Na początek wigilijnej kolacji – jagiełki (bułka moczona w mleku i wytarzana w masie makowej), barszcz czerwony, śledź (nie pamiętam, na jaki sposób), po nim właśnie smażony karp, kapusta z grzybami, kompot z suszonych śliwek, gruszek, jabłek. O bakaliach czy cytrusach nawet nikt nie myślał. Po kolacji przyszedł czas na prezenty. Skromne były: pachnące mydełko, kremik – „śnieg tatrzański”, bielizna, dorośli mężczyźni obdarowywani byli wodą kolońską. Czasami jakaś zabawka dla małych dzieci: ołowiane żołnierzyki, zwierzątka wycinane z dykty. Oczywiście rękawiczki, czapki, szaliki, bo to zadowolenie z prezentu i praktyczne na zimę. Wielką radość sprawił mi – pamiętam – niebieski sweterek. Następnego dnia w nim się fotografowałem. Oczywiście u fotografa. Kto tam miał aparat fotograficzny! Zdjęcie w rodzinnym albumie do dziś.

Przyszły trochę lepsze lata. 50-te.. Niewiele polepszyło się codzienne życie rodziny. Nie przypominam sobie, aby moja szkoła podstawowa zrobiła coś dla nas, dzieci, z okazji świąt Bożego Narodzenia czy Nowego Roku. Największą radością były dni wolne od nauki. Świąteczne ferie trwały dwa tygodnie, do Trzech Króli. Był to dla nas największy prezent. Wyczekiwałem na nie od czasu, kiedy spadły liście z drzew. Mówiłem do siebie: już niedługo gwiazdka. Przed wigilią tato przynosił z lasu świerkową choinkę, oprawiał ją w stojak, otwierało się pudełka z cackami, które cały rok przeleżały w kredensie. Nie było ich tak wiele jak dzisiaj, niektóre pamiętały czas okupacji. Szklane czerwone skrzypeczki, które (wydawało mi się) wygrywały „Cichą noc…” i bardzo zielone kule, które mam w oczach do dziś. Były też łańcuchy, które sam kleiłem z kolorowego papieru, prawdziwe świeczki choinkowe osadzone w żabkach, a te przypinało się do gałązek. Ile to w Wigilię było strachu po ich zapaleniu, aby nie spowodowały pożaru! Gałązki pokrywało się strzępkami waty i to było (tak dziś sądzę) najgroźniejsze. Kolacja wigilijna i prezenty podobne do lat poprzednich.
W moich latach studenckich, 60-tych, miało się wiele zmienić. Niby każdego było stać na prezenty, a starczało znowu na kosmetyki, chociaż już lepsze gatunkowo, albo na jakiś ciuch. Później były już „Peweksy”. Kupowało się jakieś bony dolarowe (jeden zostawiłem sobie na pamiątkę) albo ciułało się po dolarze przesyłanym w liście zza oceanu. Często w „Peweksie” kupowano butelkę lepszego alkoholu na prezent dla najważniejszej osoby w rodzinie, czyli dla taty. Jako student liczyłem na prezenty, w które mogłem się ubrać. Kiedyś z Ameryki dostałem płaszcz, którego zazdrościli mi wszyscy (miał być dla taty, ale mama przeznaczyła dla studenta). Pamiętam czarny golf (marzenie każdego) z 100% wełny i półbuty z czubami. Dobre też były koperty od babci, cioć i wujków, które przydawały się na studenckie życie.

Studia przeminęły, a ja wylądowałem w Kołobrzegu. Pierwsze święta spędziłem na zimowisku z harcerzami w Karkonoszach. Przeżyć moc, w prezencie instruktorski stopień podharcmistrza. Multum fotek z zabawy śniegiem, ale coraz mniej dawnych kolegów, z którymi mogę je oglądać. A później własna rodzina i własny dom.. Srebrny świerk – pierwsza choinka w małym mieszkaniu (żona nigdy mieszkania nie zaakceptowała; miał pochyły strop; pokój przejściowy do kuchni i kajutki dzieci – 2,5 na 2 metry). Na choince pierwsze ozdoby – skromne (zachowały się fotografie); prezent dla syna – bębenek i rycząca karetka pogotowia, a dla córki lala. Kiedyś święta spędziliśmy u rodziny na wsi. Pierwszy raz jadłem pierogi, gołąbki z kaszą gryczaną, były ryby i pachnący, biały, pieczony w domowym piecu chleb. W rogu pokoju – snop zboża. Prezenty dla dzieci – łyżwy, przykręcane do butów. Pamiętam je do dziś. Czy na nich jeździły? Tego nie pamiętam.

Dzieci często dostawały zabawki przywożone z NRD. Pamiętam gorączkę przedświątecznych podróży do tego kraju. Książeczki walutowe – limit dewiz to 100 marek. Stamtąd woziło się prawie wszystko na święta: czekolady i galanterię czekoladową, marcepany, kawę, herbatę, kakao, cytrusy, niezapomnianą Bauersalami oraz wszystko dla dzieci (na bieliznę, odzież, obuwie dziecięce nie było cła). Przez ten „import” mieliśmy bogatsze święta Bożego Narodzenia. Jak to wszystko było skomplikowane: z kim pojechać, kiedy, dokąd? Z „Bałtywią”, wynajętym autobusem, prywatnym samochodem? W połowie lat 80-tych w wyniku współpracy naszego PSS i tamtejszego handlu miejskiego (HO) przywożono do spółdzielczych sklepów gwiazdkowe słodycze czekoladowe i marcepanowe. Cały czas zastanawiam się, jak to się działo, że u nas w Polsce nie było towarów, że było gorzej niż w NRD, Czechosłowacji czy na Węgrzech? Czasami, po znajomości udało się kupić delikatesowe artykuły w Baltonie (sklepy dla marynarzy i rybaków w Barce i Bałtyku). Młodszych informuję, że Barka to było przedsiębiorstwo połowów i usług rybackich, Bałtyk to spółdzielnia tej samej branży. Obie firmy „przepadły” w wyniku transformacji po 1989 roku. Nigdy też nie zapomnę ciężkich paczek żywnościowych od rodziny albo kupowanych na wsi tusz świńskich i wożenie ich do domu maluchem. Później malutka kuchnia zamieniała się w masarnię. Tylko dwa razy naruszyliśmy tradycję, wyjeżdżając na gwiazdkę w góry. Wspominamy je wszyscy z sentymentem. Uroczysta kolacja wigilijna, a w następne dni dzieci na narty, a my na spacery. Góry, śnieg i świerki. Wszystkie inne święta Bożego Narodzenia były w domu.

A jak święta w III Rzeczypospolitej? Bardzo różnie, ale prezenty były zawsze. Dbałem, aby były starannie zapakowane w kolorowy papier (już się pokazywał w sklepach), przyczepiałem karneciki i w Wigilię stały pod choinką. Dziś przy wigilijnym stole trzy pokolenia, dwa z nich to rodowici kołobrzeżanie. Co roku obiecuję sobie, że upominki kupię wcześniej, aby raz obyło się „bez nerwów”. Po etapach zabawek, butów z łyżwami (nie było gdzie jeździć), czapek i rękawiczek – ciągle próbuję łączyć przyjemne z pożytecznym, zasięgając języka co do potrzeb i gustu.
Bardzo zmieniła się Polska przez te kilkadziesiąt lat. Na lepsze. Sam się dziwię, że przeżyłem i tę biedę, i niedostatki, i mogę ze spokojem i bez wielkich wyrzeczeń przygotować święta gwiazdkowe. Chyba jako dziecko bardziej przeżywałem i bardziej się wszystkim cieszyłem niż dzieci dzisiejsze. A może to tylko złudzenie? A tak po cichu przyznam się, że od połowy grudnia dziecinnieję: zaglądam do spiżarni, podjadam pierniczki i bakalie i gdybym się nie bał (żona każe mi czekać do Wigilii), słuchałbym cały dzień kolęd z zebranej przez 40 lat kolekcji płyt i taśm.

Nie zmieniły też wszelkie transformacje – życzeń: WESOŁYCH ŚWIĄT !

kom

Jedna Odpowieź do “Święta Bożego Narodzenia, a transformacje”

  1. Basia Napisał(a):

    Do świąt jeszcze trochę czasu, a ja się wzruszyłam czytając ten bardzo osobisty felieton. Zapewniam ,że dzieci tak samo przeżywają święta jak ich rodzice i dziadkowie przed laty. Szkoda tylko, że wśród tych wspaniałości tylu jest nadal biednych i samotnych. Wesołych Świąt- Mistrzu.

Zostaw Odpowiedź

Adres Emial podany w tym formularzu nie będzie publikowany i jest tylko do wiadomości autora strony.