Cuda Andaluzji
W listopadzie, gdy świt podaje rękę zmierzchowi, należy dzień rozświetlać wspomnieniami. Wspominam pobyt w Andaluzji.
Z wysokości kilku tysięcy metrów nad ziemią Europa jest piękna. W dzień wyraźnie widać przemysłowe centra Niemiec, ośnieżone szczyty Alp, Pireneje i sznury wiatraków na grzbietach hiszpańskich gór, a w nocy światła Paryża, wielu dużych i mniejszych miast od Morza Śródziemnego po Berlin. To cudowne widoki.
Pierwsze zetknięcie z południem Półwyspu Pirenejskiego daje wrażenie raju. Palmy, drzewa pomarańczowe, cytrynowe, pieprzowe, awokado, granaty; niżej kwiaty strelicji, oleandrów, opuncje i wiele innych roślin, których nazw nie znam. Gdzie nasze lipy, kasztany, brzozy i płaczące wierzby? Ich nie zobaczę, zostały na północy. Znajome wydały mi się – rosnące osobno i w grupach – pinie, u podnóża gór tworzące namiastkę lasu. Akurat bogato obrodziły daktyle, pokarm zielonych, krzykliwych papug. Te bystre ptaki wędrowały wzdłuż wybrzeża z palmy na palmę. Z murów mauretańskiego pałacu w Maladze kamera spoglądała w dół, a film zarejestrował piękne francuskie ogrody, obsypane kwiatami drzewa i obsadzone palmami ulice. W Sewilli podziwiałem Park Marii Luizy – wiele tam gatunków egzotycznych drzew. Potężny fikus, pod nim wyrzeźbione z białego marmuru postacie w romantycznych strojach i pozach – dar pewnego literata, budził powszechną ciekawość. Wiekowe drzewo bardzo się rozrosło i miało widoczne, monstrualne korzenie. Podobny podziw wzbudził oglądany przeze mnie ogród Pałacu Piłata, chociaż miejscami robił wrażenie zaniedbanego. Pałac ten słynie z bogatej ekspozycji starożytnych rzeźb, które tu sprowadzono w XVI wieku. Ogrody podziwiałem w każdym odwiedzanym mieście Andaluzji. To cuda śródziemnomorskiego wybrzeża. Wypielęgnowane, z różnorodnością drzew, krzewów, rabat kwiatowych, z wielką ilością fantazyjnych fontann, alejkami, wyłożonymi marmurową mozaiką, ozdobnymi ławkami. A mój kołobrzeski park nadmorski czeka na rewitalizację, ma też być piękny, choć inny. Wyobrażam sobie, że aby posłuchać majowego śpiewu słowików, pojadę ślicznym powozem – jak te w Hiszpanii – i będę paradował ulicami Rodziewiczówny, Sikorskiego, aż po słynną obrotową kawiarnię w Arce. (Mam nadzieję, że stać mnie będzie na taką ekstrawagancję.) Będzie park widokowy, ptasi rezerwat. Będzie dom zdrojowy na miejscu dawnego Morskiego Oka. W samym sercu miasta, w miejsce Bryzy, będę też podziwiał ogród francuski. Drugi, miedzy sanatoriami a bindażem w stronę portu. Skalny ślimak będzie do niego pasował.
Podziwiałem andaluzyjskie katedry. Olbrzymie, na planach miast zajmują taki teren, że zmieściłoby się na nim kilka dużych budowli. Wysokie, ołtarze kipiące złotem, srebrem i szlachetnymi kamieniami. Jasność ich wnętrzom daje światło z wysokich okien, bogato zdobionych witrażami. Renesansowe i barokowe, z mnóstwem obrazów i rzeźb. Z podwójnymi organami i ambonami. Postacie Jezusa, Marii, świętych są ubrane w bogate, złotem haftowane stroje dla tych figur uszyte. Nieprzyzwyczajony do tego, na początku dziwiłem się, ale z kolejnymi zwiedzanymi katedrami wzrok przywykł i zgoda na to była większa. Katedry, ze względu na ich wielkość architektoniczną i bogactwo wystroju wnętrza, są inne od tych, które widziałem do tej pory. Największe wrażenie wywarła na mnie katedra w Sewilli – swoim ogromem i prezentowaną sztuką sakralną. Zbudowana na miejscu meczetu, wykorzystuje minaret na dzwonnicę i …atrakcję turystyczną. Ponadto imponuje przygotowaniem do łatwego jej poznawania przez turystów. Zgromadzone dzieła sztuki są opisane, prócz tego, za od 3,50 do 10 euro można kupić książkę z informacjami, planem, pięknymi fotografiami najciekawszych dzieł. Tylko nabyć bilet, później już godzinami zwiedzać, krążyć niczym w labiryncie. Wielki ołtarz – 2,4 tony złota, setki rzeźb, obrazów, ozdób – za ozdobną kratą już nawet nie robi wrażenia. Po prostu przesyt.
Alkazaby –fortyfikacje, twierdze z pozostałością murów, niekiedy ściany wież i fundamenty budowli, spotkałem we wszystkich zwiedzanych miastach. Zbudowane na wzgórzach, kiedyś służyły obronie. Wewnątrz murów piękne pałace władających krainą, do dziś ostały się dzięki temu, że katoliccy królowie – zachwyceni ich pięknem – wykorzystywali je jako swoje. Sami też na ich wzór budowali własne – przykład Alkazaru w Sewilli. Jak się mają do nich pozostałości kołobrzeskiej twierdzy? No cóż, do Bałtyku Arabowie nie dotarli. Ale cieszmy się z tego, co mamy.
Oczarowała mnie Alhambra w Grenadzie, sam nie wiedziałem na co patrzeć, bo to i rzeźbione w marmurze ornamenty na ścianach, dziedzińce z fontannami, kolumny, powtarzające się łuki w kształcie podków. W każdym pomieszczeniu inne mozaiki ceramiczne z przewagą koloru niebieskiego, choć były i czerwień, pomarańcz, granat, fiolet. A co za stropy i sufity! Różne rodzaje drewna i formy tak fantazyjne, że zwiedzając można powiedzieć jedynie: och! Po prostu brak słów na nazwanie tego. Dróżki z kamyczków najróżniejszego rodzaju spojone w jeden chodnik z ułożonymi herbami miast albo herbami władców. Trudno opisać sztukę układania i spajania kamyków, po których przyszło mi deptać po pałacowych krużgankach. A z nich znowu wejście do komnat, każda inaczej zdobiona, innego przeznaczenia. I znowu ceramiką wykładane ściany, stropy z przeróżnego drewna – najwyższy kunszt sztuki zdobniczej. Opuścisz komnaty i znowu krużganki z kolumnami, a na ścianach wypisane fragmenty Koranu. W wyobraźni w te wnętrza wstawiałem postacie arabskiego świata, które tędy snuły się, aby być bliżej władcy. Sala tronowa, sala ambasadorów, dziedziniec lwów to arcydzieła. Byłem szczęśliwy, że mogłem to oglądać, spacerować po pięknych ogrodach, choć ilość zwiedzających nie pozwalała się delektować dłużej detalem. Oczarowani pięknem tych miejsc byli ich zdobywcy – królowie katoliccy, skoro – mimo nacisków – nie pozwolili ich zburzyć, a nawet nowe swoje pałace na ich podobieństwo budowali – wspomniany Alkazar w Sewilli. Tu w cuda przyrody wtopiono cuda architektury, a w jej wnętrzu znowu misterne mozaiki ceramiczne, rzeźby w drewnie, symetrycznie rozstawione kolumny, łączone podkowiastymi łukami, miedzy nimi stropy – jeden od drugiego piękniejszy.
Z miast, największe wrażenie wywarła na mnie Kordoba – blisko 300 kilometrów na północ od wybrzeża Andaluzji. Słynie – jak podaje przewodnik National Geographik – z meczetu ”klejnotu w koronie”. Chodziłem po nim kilka godzin (w butach, nie jest miejscem kultu). Wśród 824 kolumn z kapitelami, wiele pochodzi z rzymskich budowli. W jego wnętrzu naprawdę doznaje się wrażenia nieskończoności. Budowla w pasy, na przemian z czerwonej cegły i białego kamienia, niezwykła perspektywa ciągnących się rzędami kolumn tak działają na psychikę, że zapominamy o innym świecie na zewnątrz. Nowe wrażenia – nigdy nie byłem w meczecie. Nisza modlitewna tak zdobna, iż trudno wyróżnić rodzaje dekoracji, a przecież każdy detal ma swoją religijną symbolikę, której nie znamy. Wewnątrz meczetu urządzono kaplice przy bocznych ścianach, jest ich kilkanaście. W samym środku zaś… katedrę. Tylko ona narusza porządek architektoniczny. Katedra wcale niemała (co daje wyobrażenie o wielkości Mezquity) i bardzo zdobna. Myślę – mogłaby istnieć poza meczetem. Ale to może fakt jej zbudowania właśnie tam ocalił to arcydzieło? Sama zaś Kordoba to miasto wąskich uliczek, placyków zielonych, jakby celowo zbudowany labirynt, który tworzą domki, restauracje, pałacyki i kościoły, a pogubić chciałby człowieka. Nie zgubiłem się, ale tylko dzięki planowi miasta, który mocno trzymałem w dłoni. Z żalem opuszczałem Kordobę jadąc mostem z czasów rzymskich, który łączy brzegi Gwadalkiwiru. Płynie też przez Sewillę, gdzie miałem na krótko swój dom. Nadszedł czas powrotu. Słusznie wspomniany przewodnik „Hiszpania” pisze: „Sewilla, Kordoba, Grenada są syntezą przeszłości” – wokół wszędzie malowane kafle, kraina niezwykłej przyrody, słonecznego wybrzeża i oczywiście cudownych dźwięków i tańców flamenco.
Wszystko nastraja do powrotu. Marzę o nim.
grudzień 4, 2007 | 09:04
Pani B a s i, (jeżeli nie jest to pseudonim!), która czyta moje felietony i pisze komentarze, w Dniu Imienin najlepsze zyczenia i wyrazy szacunku. Autor.
grudzień 4, 2007 | 11:03
Dziękuję Mistrzu. Pozdrawiam. Basia
grudzień 6, 2007 | 21:41
Przyjacielu Mirku, dlatego wolę jechać na Wschód Europy, bo jak wracam to czuję się, że wracam na Zachód Europy i jestem dowartościowany a po powrocie z owych miejsc, o których piszesz, czułbym się „zdołowany”
Pozdrawiam Edek
grudzień 8, 2007 | 21:35
Zazdrościmy Hiszpanom zabytków, klimatu, ciepłego morza i wielu innych rzeczy. Ja miałem przyjemność gościć w Kołobrzegu przyjaciela z Hiszpani. Nie wyobrażacie sobie jego zachwytów naszą przyrodą? Tyle zieleni to on w życiu nie widział i nie mógł się nadziwić, że niemal w samym mieście mamy naturalny las. Musicie przyznać, że dopiero po powrocie z “ciepłych krajów” doceniamy co mamy i że musimy to chronić.
grudzień 9, 2007 | 18:35
Mireczuk, gdyśmy mieli te trzydziescie lat mniej to byś oglądał te piękności jedząc krwisty befsztyk na pół talerza i pijąc szklanicami hiszpańskie wino lub koniak w nadmorskich kafejkach. A tak zostało nam tylko oglądanie