Cena władzy
Dyżurny redaktor TVN w przededniu pierwszego posiedzenia Sejmu zapytał dwóch młodych posłów, 23 i 29 lat, z PiS i PO, po co „wchodzą do tego bagna”? Użył dość popularnego określenia sejmu, a może raczej polityki. Obaj odpowiedzieli, że już w szkole średniej działali, że zdobyli doświadczenie i zaufanie, że wierzą, chcą i że będą się starać. Zapewne za kilka lat redaktor wyjmie z archiwum nagranie, by skonfrontować postawy, a może i fakty. Młodzi posłowie nie przewidują takich operacji i cieszą się z zainteresowania mediów ich nazwiskami.
Ostatnie dwa miesiące dały mi możliwość zastanowienia się i obserwacji zjawiska, jakim jest sprawowanie władzy. Ona sama niesie ze sobą tyle niebezpieczeństw, tyle pułapek, a często zła, że tylko fakt, iż jest konieczna, że bez niej nie da się zorganizować życia społecznego, zmusza do szacunku dla niej, do podporządkowania się jej czy na przykład pójścia do wyborów. Władza musi być. Ktoś ją musi sprawować. Walka o to, by ją zdobyć, niekiedy za wszelką cenę, odsyła nas do psychologii człowieka, a może i nie tylko człowieka. To chyba Cezar powiedział, że lepiej być pierwszym w jakiejś mieścinie niż drugim w Rzymie. Był taki czas, że za to, że się sprawuje władzę, trzeba było płacić.
Co w niej takiego, że się o nią walczy? Zapewne poczucie własnej wartości, bycie najlepszym, możliwości decydowania o innych… Bo chyba nie pieniądze, nie bogactwo. Te przecież można zdobyć innym sposobem i w dodatku o wiele szybciej i więcej. A może salony, kontakty, ogrom służb i służby, granie roli na wielkiej scenie? Nie da się wyliczyć wszystkich motywów i blasków sprawowania władzy. Że odpowiedzialność? Że ocena historii? Te jakoś się rozłoży i ułoży – myślą sprawujący władzę.
A ja patrzę i słucham tych, którym się kiedyś udało, którzy to przeżyli. I co widzę? Panów, którzy w pięć lat postarzeli się o piętnaście. Widzę nie dającą się ukryć złość, że to się skończyło. Złość na swoich i obcych, na naród, że chciał inaczej, na cały świat. Patrzę na zaciekłą złość byłych premierów – Leszka Millera i Jarosława Kaczyńskiego – i chęć sprzymierzenia się z każdym, nawet z byle kim, aby ugrać swoje, odegrać się. Podziwiałem błyskotliwe riposty pana Millera, gdy był w opozycji, na początku swojej kadencji i ze smutkiem patrzę na szamotanie się samotnego człowieka.
Do sejmu przyjeżdżają prowincjusze, przeżywają więc zdziwienie, trochę strachu, podglądają innych i uczą się. Szybko się uczą. Ale szybka nauka, po łebkach, nie ukryje braków ze szkoły średniej, ze studiów, z savoir vivre. Stąd nielogiczność wypowiedzi, błędy językowe, wszelkie e-e-e i jeszcze gorsze – wierne powtarzanie tego, co powiedział lider. Jak szybko potrafią się nauczyć mówić, przemawiać – przykład pana Andrzeja Leppera. Mówić, dużo mówić, nie pozwolić sobie przerwać, nie dopuszczać innych do głosu… Na jakiś czas nawet to skutkuje, na jakiś czas. W końcu się wpada na prostytutce, której nie można zgwałcić, na kurwikach w oczach, na nieznajomości języków obcych. I tak się zostanie zapamiętanym. Jakiż to żałosny koniec.
Ci, których ponownie nie wybrano – w różnych wyborach i na różnym szczeblu – często nie mają do czego wracać. Jeśli nie stoją za nimi katedry uniwersyteckie, kancelarie adwokackie albo tysiące hektarów ziemi, szukają pracy, znajomych. Czują się skrzywdzeni. Przecież posiedli taką wiedzę, tyle umiejętności, tyle garniturów wisi w szafie i co, wszystko to zbędne? Nikt tego nie potrzebuje? Rzadkie telefony i rzadkie wyjazdy w delegacje. Przypisują sobie wielkie osiągnięcia, ale do tych osiągnięć przyznają się też inni i mają na to dowody.
Wybrani mówią, że pracują dla narodu, dla Polski. Michał Kamiński z kancelarii prezydenta udowadniając, że Bogdan Borusewicz jest niewdzięcznikiem, dawał przykłady, jak to od Jarosława czy Lecha (nie zapamiętałem) Kaczyńskiego otrzymywał a to urzędy, a to poparcie w wyborach do senatu, a to fotel marszałka senatu. I zdradził. Nie okazał wdzięczności. Więc samo Prawo i Sprawiedliwość rozdawało po znajomości intratne stanowiska? Więc to nie dobro narodu, a dobro kumpla było ważne? Pan Kamiński tak się zaperzył w swej argumentacji, że obnażył mechanizm obsadzania stanowisk i partyjne rozdawnictwo! Być może pan Borusewicz zasługuje na takie zaszczyty, ale nie otrzymałby ich walcząc o nie sam. Senator Zbigniew Romaszewski nie mógł przeżyć, że nie został wicemarszałkiem, bo to i mniej pracy, wyższa pensja, samochód, a tak będzie tyrał jako zwykły senator i dorabiał w komisjach. W dodatku powiedział, że wszyscy myślą o pieniądzach, jeśli o tym nie mówią, to przez brak szczerości. A on jest szczery. Więc jednak pieniądze. Władza i pieniądze – jeśli nie siostry, to kuzynki.
Sprawujący władzę korzystają z immunitetów. Z założenia słuszne, jak kiedyś liberum veto, w rzeczywistości dla znacznej części ludzi zapewnienie bezkarności. Przychodzi jednak czas, gdy trzeba zapłacić za wszystko, co – wydawało się – ujdzie płazem. I za fałszowane podpisy, i za wybryki, nadużywanie prawa, a już szczególnie – wyłudzane pieniądze. Chyłkiem schodami przemykają do swego biura byli posłowie Samoobrony, zbierają siły na trudny czas rozliczeń. Zbiera też siły PiS.
Człowieka do sprawowania władzy bardziej przygotowują klęski i przegrane, długa i trudna droga niż szybkie i szczęśliwe jej zdobycie, manipulacje socjotechniczne, medialni gębacze w stylu pana Jacka Kurskiego. Spodziewam się, że lepszym premierem będzie pan Donald Tusk po dwóch przegranych niż gdyby ich nie przeżył. Dużo się nauczył i to mi daje nadzieję na spokojniejsze rządy w kraju.
Zdobycie władzy to zdobycie góry, wejście na szczyt, gdzie jest miejsce tylko dla jednego. Widoki stamtąd wspaniałe, nikt nie zasłania słońca, Tylko że za źle postawiony krok nie da się obwinić nikogo. Nie da się tam też długo przebywać: zimno, brak tlenu, wiatry. Nie wiem co łatwiej – zejść czy spaść? W najlepszym razie sińce i zadrapania.