Daleko z Warszawy do Polski powiatowej
Daleko. List nadany w stolicy 19 grudnia, drugi 21 grudnia ubiegłego roku, w mojej kołobrzeskiej skrzynce znalazł się 5 stycznia. Wybieram co dnia, więc zaniedbania nie było. Jeden szedł 15 dni, drugi 13. A już rekord poczty w doręczaniu przesyłek zanotowałem dzisiaj. Z tej samej Warszawy nadany list z życzeniami przyszedł po 20 dniach (nadany 20 grudnia 2006, w Kołobrzegu otrzymałem 10 stycznia 2007 roku). Mogę przypuszczać, że Bory Tucholskie przebył piechotą. Wędliny z „Borów” do kołobrzeskich sklepów przychodzą zaś co dnia, z samego rana.
Gdy się spojrzy na mapę, Warszawa mniej więcej w środku kraju, kraj niezbyt duży, 5 – 6 godzin samochodem do każdej granicy. Godzinę samolotem. Posłowie z przygranicznych województw śmigają dobrymi autami do Warszawy i z powrotem. I tak powinno być. A nie jest, bo instytucja poczty potrafi wydłużyć trasę i z setek zrobić tysiące kilometrów. Z Irlandii list szedł 6 dni, z Francji – 4, z Niemiec – 3. Tak się cieszyłem, że będąc w Unii nasze firmy i administracja się usprawnią. Nic z tego. Mocno trzymamy się tradycji narodowych. Ważność instytucji lub urzędu poznać po ilości dostarczanych papierów, czasie oczekiwania. I choć biura piękne, hole i korytarze lśniące, podjazdy dla niepełnosprawnych – najsprawniejszy jest mój listonosz, bo ma mocne nogi i uwija się po domach jak mrówka.
Z Warszawy Polski nie widać. Posłowie w drodze do stolicy przeglądają papiery lub drzemią. W centralnych urzędach uwagę zaprzątają rotacje, spekulacje – kto po kim, strach przed posądzeniem. Zapewne niżsi urzędnicy pracują, bo życie to wymusza, ale zamieszanie na górze musi się i na nich odbijać. Nie słyszałem, by rząd ostatniej lub poprzedniej kadencji zajął się sprawą jakiegoś regionu czy nawet miasta, które potrzebuje wyjątkowej pomocy. Od 15. lat wiadomo, że takiej potrzebuje Wałbrzych. Województwo nie radzi sobie z problemem bezrobocia i demoralizacją, która z niego wynika. Potrzeba środków i programu gospodarczego, a to może dać rząd czy nawet sejm. Nic z tego. Wałbrzycha z Warszawy nie widać. I gdyby nie dziennikarze, nie znalibyśmy dramatu tego miasta i jego okolic.
Parlament i rząd nie mają nawet czasu zająć się krajem. W walkę o fotele (stołki pozostawiają tym w gminach) wkładają tyle sił fizycznych i intelektu, że ich nie starcza na sprawy krajowe. Ale i partie, które mogłyby walczyć czy to o grupy zawodowe, czy o dobro jakiegoś regionu, postępują tak samo. Przed wyborami ogólnikowy program, obiecanki, a później cisza. Nie obserwuję, by któraś partia walczyła o inteligencję, o nauczycieli czy lekarzy (ci potrafili się postawić i coś uzyskali), o wieś. Nie obserwuję tego ani w prasie ogólnopolskiej, ani w telewizji, ani w wystąpieniach z trybuny sejmowej. Za to wszystkie partie angażują się w wojnę personalną. Walczą o podbój Warszawy, o władzę. I choć ich przywódcy pochodzą często z terenu, to w perspektywie widzą się w stolicy. Teren to tak zwane zaplecze – głosy i poparcie w wyborach do partyjnych władz, a potem… „hajda na Warszawę”.
Słyszę w radio i telewizji: gdzieś tam w Polsce, gdzieś w Polsce. A brzmi to jak: gdzieś w Grenlandii, na Madagaskarze. I mówią tak nawet ludzie mądrzy. Tak się przyjęło: tu Warszawa, a tam gdzieś, jakaś Polska. Potrzebna, by głosowała, płaciła podatki. A jak coś źle, to myśl: nie radzą sobie, zmienić urzędnika, bo pewnie „z układu”.
Polacy powoli rozszyfrowują ten układ, takie traktowanie siebie. I tu na dole uczą się dbać o gminę, miasto. O tyle liczą na Warszawę, o ile to administracyjnie konieczne. Więcej pomocy otrzymują potrzebujący od ludzi, którzy kupują świece, pomagają Owsiakowi, sponsorują, przesyłają pieniądze i dary, niż od rządu, który rzuca ochłapy, a chwali się, jakby ofiarował fortuny. „Kulisy” w „Rozmowach o pieniądzach” podały, że minister Gospodarki Morskiej wsparł obchody Centralnych Dni Morza w Kołobrzegu aż kwotą 25. tysięcy złotych (!).
Z Warszawy nie widać przepełnionych sal lekcyjnych w gimnazjach, odrapanych bloków w dawnych PGR-ach, osiedlach górniczych, ugorów, wałęsających się z braku zajęcia podrostków. Dobrze, że widzą to i pokazują dziennikarze. Za to dostają lanie. Nawet na Dworzec Centralny się nie zagląda, choć niby w Warszawie, bo tam już „ ta jakaś Polska” – przez podróżnych, pociągi skądś – dokądś. Kiedyś „warszawka” przyjeżdżała na wczasy do Zakopanego, nad morze, nad jeziora. Teraz elita leci daleko, poza Europę, bo ta się znudziła. Bliższe jej kraje egzotyczne ( 4 – 5 godzin samolotem) niż Kołobrzeg, do którego z Warszawy list idzie 20. dni.
styczeń 12, 2007 | 23:48
Do Kolobrzegu tez mozna “prawie” doleciec, bo z W-wy do Goleniowa leci sie okolo godziny, a potem druga godzinke jedzie sie Busem do samiutkiego Kolobrzegu, przystanek przy Skanpolu, wiec nie o polaczenie tu chodzi tylko o przelicznik “ilosc luksusu na zlotowke”. Kolobrzeg jest drogi, pogoda niepewna, plaze przepelnione. Jednak ja wybieram Kolobrzeg i jak zwykle spotkam sie z Wami w maju
.
styczeń 15, 2007 | 09:55
Oj! Coś zatęskniliśmy za starymi, dobrymi czasami. A teraz obowiązuje hasło: radź sobie stary sam.
styczeń 17, 2007 | 08:42
gratuluję wytrwałości i stałości w uczuciach!
luty 8, 2007 | 23:46
Pogratulować! 17 stycznia (Warszawa) otrzymałam kartkę nadaną w Bydgoszczy 16 grudnia ubiegłego roku! Nie wspomnę już o innej korespondencji nadawanej w w-wie, która “krąży” nawet do dwóch tygodni. Pozdrawiam.