“Z ziemi polskiej do włoskiej”
Żyć nie umierać! Na błękitnym niebie gorące słońce. Brzeg morza, mieniący się różnobarwnymi kamykami marmuru osłaniają zapory z olbrzymich głazów, aby fala nie zabierała plaży „Słonecznej Zatoki”. Mimo jesieni, gorące lato. Mimo końca sezonu, sporo wypoczywających, żeglujących na morzu, spacerujących po okolicy, którą zdobią rozłożyste pinie, kwiaty oleandrów, palmy daktylowe, gaje oliwkowe, kasztanowce i plantacje winorośli. Na horyzoncie, we mgle majaczy wyspa. W południowej części miasteczka port jachtowy z żaglowcami, o jakich marzy każdy mężczyzna – cacka. Stoją na kei, jedne jeszcze z załogami, inne oczekują następnego lata. Żyć nie umierać. Tak to odbiera człowiek przybyły z północy, gdzie w połowie lata morze ma 16 stopni C.
Zwiedzam miasteczka dziedziczące kulturę Etrusków. Mury budowli z kamienia, w którym przed tysiącami lat odcisnęły się korzenie, liście i całe rośliny. Można rzec kamienna architektura. Niezwykłe pałace z herbami dawnych rodów, świątynie, place w miejscu antycznych amfiteatrów. Uliczki tak wąskie, że zdają się być szczelinami w masywach kamiennych budowli. Na dodatek (bawiące mnie), sznury na kółkach między oknami, gdzie suszy się bielizna mieszkańców.
I podróż promem na wyspę Elbę. Willa Napoleona, skazanego na wygnanie. Pałacyk letni i zimowy. Wszystko otoczone rozległym parkiem, tonące nawet pod koniec września w intensywnej zieleni i kwiatach. Na ścianach obszernego salonu obrazy ukazujące sceny z życia rodzinnego, zdarzenia z czasów sprawowania władzy, pejzaże. Widać, że na zesłaniu towarzyszyli mu bliscy, że miał rozrywki. Będąc człowiekiem czynu, zreformował na wyspie szkolnictwo, system prawny, zmodernizował gospodarkę i budował drogi. I choć rodzinną Korsykę widział na horyzoncie, miał to samo morze, ten sam wiatr, zapewne podobne góry, a nawet podobnych ludzi, nie chciał tu żyć. Uciekł. A ja z najwyższego szczytu wyspy zachwycałem się widokiem i myślałem, że ten uroczy kraj, jeśli się w nim żyje pod nadzorem i nie z własnego wyboru – szczęścia nie daje.
Czy daje szczęście Polakom, których spotykałem wszędzie? Samotna z Białegostoku, wyższe wykształcenie, informatyk – opiekuje się osobą w podeszłym wieku. Ma małe mieszkanko, z zarobków opłaca jego wynajem i swoje utrzymanie, a jeszcze pomaga rodzicom w kraju. Na co wystarczyłaby jej pensja w Polsce? Nawet pracy dla niej nie było. Wybrała emigrację. Tyle się uczyła! Mówi, że jakoś tu żyje już dziesięć lat i boi się wracać do kraju na niepewne. Po krótkim czasie spotykam grupkę polskich robotników, remontują muzeum. Nie są zbyt rozmowni. Biegną do metra, nie zarobili jeszcze na samochód. W metrze spotkanie z kelnerem, który jedzie do pracy, poinformował mnie o przesiadce na inną linię. Musiał mieć dobre znajomości i poparcie – tak twierdzi napotkana białostoczanka – bez tego dobrej pracy (za taką uważa pracę kelnera) nie dostanie się. Polaków traktuje się lepiej niż niektóre inne nacje, ale daleko do normalności. Niby jesteśmy w tej samej Unii Europejskiej – jak twierdziła moja opiekunka – ale to nie to samo. Dlaczego? Może mi to wytłumaczą polscy deputowani Europarlamentu. Dziwne sytuacje dopełnia następne zdarzenie. Trzech młodych Włochów na rowerach prosi o zrobienie zdjęcia. Później dziękują słowem: spasiba (?!)
Spotykam wielu polskich turystów (nawet na targowisku w jednym z miasteczek). Najwięcej jest pielgrzymów do grobu papieża Jana Pawła II , na modlitwę w klasztorze i na Polskim Cmentarzu pod Monte Cassino oraz do miasta, gdzie „kamień na kamieniu” (tu przekonałem się o prawdziwości tego powiedzenia), do Świętego Franciszka. Odprawiane msze, chóralne śpiewy w języku polskim. Z ziemi polskiej do włoskiej ciągną tłumy pielgrzymów, przyjeżdżają tu Polacy za pracą i lepszym zarobkiem. Nie witają nas Włosi uśmiechem ani gestami sympatii. Mojej opiekunce przyznaję rację. Jej się udało, już dziś włada językiem włoskim, ma tu rodzinę. Wspomina, że pierwsze lata pobytu były bardzo, bardzo trudne. Spotkałem też kogoś, kto Polskę znał, pracował u nas i na słowo Polonia uśmiechał się i był rozmowny. Kiedy indziej spotkałem sympatycznych i życzliwych polskich księży. Wspominam miłych kucharzy, którzy zrezygnowali z włoskich makaronów i przygotowywali posiłki bliższe mojej kuchni. Miłych kasjerów w okienkach stacji kolejowych, którzy drukowali mi najdogodniejsze połączenia z różnymi miastami, do których docierałem pociągiem. Ogół Włochów nic nie wie o Polsce. Wszystkie nowe kraje w Unii Europejskiej to dla nich jakiś bliżej nieokreślony obszar, jakaś Rosja. Pytam, co robią polska dyplomacja, biura podróży i organizacje turystyczne, których w Polsce nie sposób zliczyć. Brakuje promocji Polski w tym kraju. Kupić przewodnik, folder, mapę w języku polskim graniczy z cudem. W Watykanie, na stoisku pamiątek, u polskiej siostry zakonnej – znalazłem – dwie pozycje w języku polskim, obie o Watykanie. I jeszcze usłyszałem od siostry o wczorajszej ulewie nad wiecznym miastem.
Najsmutniejsze wrażenie odniosłem w czasie pobytu na Polskim Cmentarzu pod Monte Cassino. Dawny parking pełen śmieci, Zieleń przy drodze na cmentarz nie przystrzyżona. Między kwaterami nieporządek, sztuczne wyblakłe kwiaty, przyschnięte bukiety, wypalone znicze. Flaga na maszcie ze starości szara i postrzępiona. Ziemia pod cmentarz polskiemu państwu została podarowana przez rząd włoski. Mamy więc podwójny obowiązek dbać o to miejsce. I znowu, co robią polscy dyplomaci i odpowiedzialni urzędnicy? Przez nich musiałem się wstydzić i przeżywać smutek, nie tylko dlatego, że po raz pierwszy byłem w tym niezwykłym miejscu. Na cmentarnej płycie napis: „Przechodniu powiedz Polsce, żeśmy polegli w jej służbie”. Myśl o tym napisie ciągle mnie prześladuje.
Wróciłem do siebie z silnym postanowieniem, że uczynię wszystko, aby Włosi o moim kraju wiedzieli więcej. A tu, jak na zamówienie, dowiaduje się, że moje miasto otrzymało Nagrodę Europejską – Flagę Honorową. Też jestem dumny z tego, że Europa lubi Kołobrzeg i odwrotnie. Przy okazji naczytałem się, ilu to ojców ma fakt wyróżnienie mojego miasta. Pamiętam czasy, kiedy miasto dopiero śniło o tym, że Europa je polubi. To na murach jednej ze szkół wisiała już tablica, w auli flaga ze znaczkiem Unii Europejskiej na dowód jej członkostwa w ważnej europejskiej organizacji. Prezydent miasta (ten sam) wręczał jednej z uczennic tej szkoły nagrodę za czołowe miejsce w Europie w konkursie wiedzy o turystyce. Byli prekursorzy Flagi Honorowej. Należałoby o tym pamiętać.
październik 12, 2006 | 22:06
wzruszyłem się - serio, tylko czemu tak nudą wieje i co to ma wspólnego z felietonem? może pamiętniki pisz? albo złote mysli?