Kolorowe, polskie drogi.
Tym razem rzecz o drogach, bo problemy, jakie na nich spotykam, wyprowadzają mnie z równowagi. Wyjeżdżam i od razu w oczach kolorowo. Niebieskie, żółte, seledynowe i zielone reklamy. Pstro. Trudno wśród nich wyłowić znaki drogowe. Z oddali nie wiem– czy to znak drogowy, czy reklama? Hamowanie i czytam: „działka na sprzedaż”, „najlepsze nasze makarony”, „wstąp – domowe obiady”… Jeśli jedziesz tą drogą po raz pierwszy i szukasz informacji o kierunku, odległości – wypatrujesz zielonej tablicy, a tu na zielono reklama czegoś tam. Reklamy na dużych zielonych tablicach powinny być zakazane. A w ogóle nie może być tyle reklam przy naszych drogach i to w kolorach zbliżonych do tła znaków drogowych.
Kolejna sprawa to zwężenia spowodowane budynkami stojącymi przy krawędzi drogi albo bardzo blisko. Te domy stawały się już wiele razy ofiarami samochodów, a to TIR uszkodził front budynku, a to samochód osobowy wjechał do sypialni domku. W usuwaniu tych zawalidróg powinno uczestniczyć PZU i inni ubezpieczyciele. W tych domach mieszkają najczęściej ludzie niezamożni. Należy więc pomóc im w przesiedleniu – wykupić plac i dom za taką cenę, by właściciel był w stanie wybudować sobie inny, w innym miejscu. Zmniejszy to ilość wypadków i pomniejszy ubezpieczycielom koszty odszkodowań. Przestanie istnieć powód zwężania się pasa ruchu drogowego. Wiele jest takich miejsc na wszystkich trasach, spotykam je nawet jadąc do Białogardu i Koszalina. Wielki czas z tym skończyć. Jest to nie tyle sprawa gmin, co właśnie ubezpieczycieli.
W czasie jazdy prędkość przystosowuję do aktualnych warunków pogodowych i kiedy jest ona zła (deszcz, śnieżyca, mgła) znacznie ją ograniczam. Jednak od czasu do czasu spotykam na drodze traktorzystę z kilkoma „wagonikami kolejki turystycznej”. Siedzą w nich goście i podziwiają okolice. Albo jedzie pusta dopiero po gości. Jej prędkość – kilkanaście kilometrów na godzinę – przy wielkim ruchu z przeciwnej strony – nie pozwala na wyprzedzenie. Wlec się tak trzeba kilometrami. Takim zawalidrogą jest traktorzysta „wagoników turystycznej kolejki” z Ustronia Morskiego jadący do Kołobrzegu. Jechałem za nim już wiele razy. Dla właściciela kolejki taniej byłoby, gdyby garażował w Kołobrzegu, skoro mieszka daleko od miasta. Co rano jeździ po turystów do Kołobrzegu, późnym popołudniem wraca drogą nr 11. A ile traci na paliwie przy pustym przejeździe! A jak zanieczyszcza powietrze! Dość mam już tej traktorowej ciuchci!
Zrozumieć nie mogę, dlaczego urzędnicy, zarządzający drogami, uwzględniają prośby tych, którzy przy drogach wybudowali sobie sklepy, kawiarnie, bary, restauracje. Aby ściągnąć gości, załatwili sobie ograniczenie prędkości na drodze w pobliżu swojej siedziby do 50, a często nawet do 40 kilometrów na godzinę. Zawsze się to uzasadni: wzmożony ruch, piesi na jezdni, wjazdy na parking i wyjazdy z niego. A prawda jest prozaiczna – interes. Wiem, trzeba z czegoś żyć – jedziesz wolniej, może zatrzymasz się i skorzystasz z moich usług. Ale dlaczego czyjś interes ma ograniczać tych, którzy nie chcą skorzystać z tego rodzaju usług, nie chcą zmniejszać prędkości?
Podobne ograniczenia obowiązują przy każdej, nawet najmniejszej stacji benzynowej, hotelu, motelu, pensjonacie. Trzeba przebudować drogi dojazdowe do nich, dodać drugi, trzeci pas ruchu równoległy do drogi głównej, aby można – na bezpiecznej odległości – wjeżdżając lub wyjeżdżając włączyć się do ruchu, bez ograniczania prędkości innym użytkownikom drogi. Widzę tu znowu udział kapitału PZU i innych ubezpieczycieli – przecież to zmniejszy odszkodowania za kolizję i wypadki w czasie manewrów przy stacjach benzynowych i miejscach noclegowych. Chyba że znowu chodzi o to, żeby zużyć więcej paliwa taką jazdą, a później więcej go kupić.
Pięknie rozwiązano trasę w Koszalinie z południa na północ (z Gnieźnieńskiej przy cmentarzu, aż do skrzyżowania ulic w kierunku Słupska). Początkowo rozbiórka kościoła ewangelickiego przy Zwycięstwa (jedno ze skrzyżowań na trasie) budziła moje wątpliwość o słuszności tej decyzji. Pytałem sam siebie, czy jego istnienie koliduje z nową trasą? Dziś odpowiadam, też sobie, że było to konieczne. Całą trasę przeszedłem spacerkiem, aby dostrzec jej szczegóły. Zachwyciła mnie. Jezdnia szeroka, dobrze opisana, bezpieczne skrzyżowania, szerokie chodniki – nad tym oświetlenie, nawet ekrany wyciszające uliczny hałas przy domach położonych blisko jezdni, przemyślane skwery zieleni albo wybrukowane place nachylone ku ulicy. Brawo Koszalin! Jak się chce i pracuje z głową to na naszych drogach może być kolorowo, niekoniecznie od reklam. Może też być mądrze i bezpiecznie. Tak jest na trasie południe – północ w Koszalinie.
Jakie mam wnioski? Otóż brakuje oka gospodarza, który z myślą o użytkownikach dróg zlikwidowałby wiele uciążliwości niewielkim kosztem. Brakuje mądrych decyzji zakładów ubezpieczeń społecznych, by likwidować przyczyny nieszczęść, a nie targować się o złotówki przy odszkodowaniach. Władze lokalne robią o wiele więcej niż wielkie centrale i tak zwana Warszawa. A ja pewnie i w tym roku będę narzekał na niewidoczną informację w Warszawie, drogowe łamańce w Tucholi, zbyt gęsto ustawione światła w Chojnicach, kolejkę – traktorek z Ustronia Morskiego, nie mówiąc o tym, że skręcając w Świeciu na Kołobrzeg wjeżdżam do Polski D.