Kołobrzescy architekci
Jesienią tego roku minie 35 lat, kiedy to Uchwałą Rady Ministrów powołano Kołobrzeskie Przedsiębiorstwo Turystyczne „Bałtywia”, a 33 lata minęły od rozpoczęcia jego działalności. Pod sam koniec lat 80-tych sprzedano Hotel „Skanpol” i „skończyła się” ta firma turystyczna w Kołobrzegu. W niedzielne popołudnie, w Kronice Szczecińskiej z materiału archiwalnego z 1974 roku, przemówił wieloletni dyrektor „Bałtywii” – Jurek Rymaszewski. Dokładnie w dniu jego imienin. Mówił o przygotowaniach do sezonu. Obiecał wczasowiczom, że gospodnicy (właściciele domków jednorodzinnych, w których były kwatery), w tym roku dadzą ręczniki i mydło. Od tej pory gość nie będzie musiał ich taszczyć z domu jadąc na wypoczynek do kołobrzeskiej „Bałtywii”. Takie to były czasy ponad trzydzieści lat temu. Czego dziś nie może zabraknąć we wczasowych kwaterach? „Bałtywia” była doskonałą firmą turystyczną. Dawni właściciele kwater dziś stoją przed dworcem PKP i na peronach z tabliczką „wolne pokoje”. Ta nowa turystyka (po transformacji) kwaterodawców upokorzyła. Przecież wokół Kołobrzegu budowali domki, kształcili się na gospodników po to, aby udostępnić swoje kwatery gościom z kraju i zza granicy. Oni byli architektami wczasowej roli Kołobrzegu, masowych podróży Polaków na plażę i po morską kąpiel w Bałtyku.
Tyle dzisiaj ludzkich nieporozumień, zazdrości, a czasami wręcz nienawiści. Ale są i inne klimaty: doskonale poczułem się na ostatnim wernisażu twórczości kołobrzeskich architektów w Galerii Sztuki Współczesnej. Dali przykład szacunku dla mistrza – Andrzeja Lepczyńskiego. U niego – jak mówili – stawiali pierwsze kroki w projektowaniu staro-nowej architektury naszego miasta. Przygotowali mu tron (historyczny fotel z gabinetu przewodniczącego rady miasta), wręczyli szablę z wielkiego pudła, które zanim zostało otwarte, sugerowało, że ukryto w nim jakiś projekt – dzieło sztuki. A tam tkwiła szabla z rękojeścią, która Andrzejowi – jak się wyraził – przypomniała rękojeść szabli Zabłockiego (słynny polski szablista), też architekta. Byłeś rycerzem kołobrzeskiej architektury, uczyliśmy się u ciebie – mówili do Andrzeja. On zaś mówił, że przeczuwał, co może go spotkać na wernisażu, ale był zwyczajnie wzruszony. Kiedy dama wręczała mu bukiet kwiatów – nie wiedział co uczynić. Szkoda, że jej po prostu nie wycałował; on zaś na zapleczu galerii wyszukiwał prezenty. Swoich kolegów obdarował udekorowanymi ołówkami, bo ołówkiem – jak powiedział – zaczyna się projektowanie. Ten fragment z życia Kołobrzegu opisałem tak szeroko, bo jest przykładem dla wszystkich, jak należy czcić mistrza. Jest wiele sztuk i wielu mistrzów, a jak często okrutnie się z nimi obchodzimy. W „Kołobrzeskich Kulisach” natychmiast pozazdroszczono i wystawę nazwano reklamą. Na szczęście na sąsiedniej szpalcie tych samych „Kulis” autor(ka) – szkoda, że anonimowy(a) – zawarł(a) całą prawdę o tej wystawie. Brawo.
Wraz z wiosną dali o sobie znać jeszcze inni „architekci”. Przed zbliżającymi się wyborami do samorządu, a może jeszcze przedtem na parlamentarzystów – obecni radni popisują się projektowaniem. Jedni chcą być zauważeni w kościele, inni na zebraniach różnych towarzystw, które niebywale się aktywizują. Jedno, z udziałem władz, rozważało nawet, jak wszystkim (!) potrzebującym dać mieszkanie? Jeszcze inni projektują swoje miejsce w radzie albo na fotelu prezydenta miasta w coraz częstszych rozmowach (bardzo długich) z dziennikarzami miejscowych mediów. Niektórzy mają nawet swoje stałe kąciki.
Nie zanosi się na zmiany. Wszystko już rozdano między sobą, często pod innym szyldem. Bardzo chciałbym, aby swoją kandydaturę zgłosił mądry lekarz, aptekarz, zaradny kupiec, dobry rzemieślnik, kreatywna pielęgniarka, młody, dobrze wykształcony profesor szkoły średniej, nauczycielka przedszkola, rybak bez funkcji w korporacji. Chciałbym, aby nie popisywali się ideologiczną przynależnością czy opłaconymi składkami partyjnymi. Przecież tak łatwo dziś przechodzić z jednej partii do drugiej – pomocne w tym jest nadużywane pojęcie „platforma”. I nie ciągle ci sami, znani od lat, i to z gadania albo z przepisywania myśli ludzi wielkich – jak być powinno? Pokazują się w gazetach, w kablówce, ciągle mówią w kołobrzeskim radiu. Ale od ich pokazywania się i mowy nic wokół mnie się nie zmienia. Proszę – 61 letnia posłanka Rzecznikiem Praw Dziecka. Wprawdzie sama urodziła ich sześcioro. Wychowała w duchu swojej wiary na pewno na prawych ludzi. Czytałem, że jest doskonałym lekarzem i wykłada posłom wiedzę o poczęciu człowieka. Jednak swoją działalność chce rozpoczynać od mierzenia ławek w szkolnych klasach i od zmieniania drukarzom papieru na podręczniki. Ważna jest ochrona kręgosłupów dzieci, lekkie tornistry, ale są setki, tysiące dzieci w szkole bez śniadania, tyle samo bez obiadu, wstając o świcie (zimą w ciemną noc) pokonują duże odległości od domu do szkoły. Ważne są: dobrze funkcjonujące autobusy szkolne, ciekawe zajęcia pozalekcyjne i uzupełniające. W interesie dzieci należy zadbać o godne pensje nauczycieli, wyróżniać ich wysokimi nagrodami za osiągnięcia wychowawcze i dydaktyczne, zatrudnić instruktorów sportu na boiskach szkolnych popołudniu, dofinansować bilety na pływalnie, by dzieci płaciły grosze lub nic itd., itp. Dość mam już tych samych, często butnych i zarozumiałych, gotowych na każde państwowe stanowisko polityków. Chcę młodych i mądrych, którzy zaimponują mi doskonałymi wynikami swojej pracy. Chcę architektów z prawdziwego zdarzenia, mistrzów działalności społecznej i politycznej.
kwiecień 28, 2006 | 20:00
Mam taka drobna rade dla tych stojacych z karteczkami wlascicieli letnich kwater.
Mysle, ze nadszedl czas uwierzyc w moc Internetu.
Od lat wyjezdzam do roznych domkow letniskowych w Kanadzie. Tak ja zreszta zaczelam poznawac. Dwa tygodnie z kazdego urlopu spedzalam w wynajetych domkach letniskowych. Pierwszy tydzien lipca i pierwszy tydzien sierpnia rentowalam domki w roznych czesciach Kanady.
I NIGDY nie spotkalam wlasciciela zadnego domku.
A jak to robilam ? Przez Internet, placac karta kredytowa.
Kiedy zrobilam to pierwszy raz mialam niezla awanture ktora zrobil mi przerazony maz, ze teraz to napewno mi ukradna wszystkie pieniadze z karty, ze domek to pewnie fikcja i ze jak juz przejedziemy “pol swiata” to “pocalujemy przyslowiowa klamke” bo po prostu “kto to slyszal byc takim naiwniakiem!!!” i placic nie wiadomo komu!!!!
uff ha ha ha Tak sie niestety nie stalo!!!!
Zajechalismy, i mojemu przerazonemu mezowi szczeka opadla.
Domek sliczny jak malowany, caly z drewna stojacy na skarpie z widokiem na przsliczne jezioro Huron.
Wklepalismy kod do malej skrzynecki takiej jak na listy, i wyjelismy klucz do domu. A w domu czysciutko, kuchnia wyposazona w niezbedne naczynia i garnki i sliczna kartka witajaca nas na lawie z mala instrukcja gdzie jest co, np odkurzacz itp.
Jak wyjezdzalismy w plener to po powrocie zauwazylismy ze kwiatki i trawa byla podlana. Po uplywie naszego terminu, tez zostawilam ladna kartke na tej samej lawie, dziekujac za tak mile nas przywitanie i za mily pobyt.
Od tamtej pory przez kolejne 10 lat wynajmowalismy wlasnie w taki sposob domki, nigdy sie nie nacielam!!!
Po 10 latach jednak moja cora sie zbuntowala i zaczelismy jezdzic na Karaiby gdzie wczasy maja wiecej atrakcji a nie tylko plener, ksiazki czy gry w “chinczyka” z rodzicami.
Powracajac jednak do rentowania, to uwazam, ze pomysl jest swietny - INTERNET.
A tu mozecie sobie kliknac i zobaczyc jedna stronke z ktorej wybieralam moje domki: http://www.rentcottage.com/calendar.cfm?area=Lions%20Head
Pozdrawiam Serdecznie,
Karolla