DZICZ
Jest piątek wieczór. Najdogodniejszy czas na „spacer o zachodzie”. Nad głową złocą i czerwienią się kreski nimbostratusów. Nimbostratusy zazwyczaj szare, ciemne, nie przeświecające, cienkie chmury, potrafiące całkowicie zasłonić Słońce, potargał już pierwszy wiosenny wiatr, pociął w ekspresyjne kreski, zawinął w secesyjne łuki a gdzie nie mógł poradzić tam poszarpał, podarł szare namioty deszczowych wojsk i zamilkł.
Teraz wszystko stoi i mienie się złociście, czaruje amarantem nad pomarszczonym senne morzem i gaśnie na oczach sporej widowni wpatrzonej w ten najdłużej grany wielki teatr na niebie.
Stoimy, więc w olśnieniu i zafascynowaniu, chłonąc całą ułomną swą istotą odwieczny rytuał lęku przed nocą. Myślę o dzikich przodkach. Zastanawiam się na ile zachód Słońca, fascynował ich podobnie nam dzisiaj a na ile przerażał, gdy do nozdrzy moich cywilizowanych i wielce przez to alergicznych, dociera mocna struga palonego mięsa.
Niczym zwiastun organizującego się obozowiska Tatarów czy też Hunów a może tylko Rzymian, zapowiada ciepły posiłek po całym dniu marszu a może rabowaniu osad? Jednak tego już z zapachu płonącego truchła nie byłem w siłach dociec.
Czyżby ten kwietniowy zachód słońca, na samym początku XXI wieku tak mnie zauroczył, że cofnąłem się w czasie i przeniosłem się w odległe wieki zbrojnych podbojów ogniem i mieczem i teraz właśnie towarzyszę jakieś dzikiej hordzie w warzeniu wieczornej strawy?
Wyrwałem się z tego zamyślenia i rozglądam przytomnie. Dym duszący, kłęby całe, gryzie w oczy i zapach nie tyle mięsa, co kiełbasy, także cebulę i zioła i karkówkę, ale w mniejszych ilościach wyczuwam., więc to nie jest przeniesienie w czasie, ta myśl dociera do mnie, to tylko nowy polski obyczaj zwany grilowaniem, czyli pieczeniem na ruszcie odbywa się gdzieś nieopodal. Na szczęście hordy dziś nie rabują tylko grilują.
Ale dlaczego dzieje się to w tak upiornych kłębach dymu pytam, czemu towarzyszą temu tak nieludzkie hałasy. Bo hałas dociera do mnie dopiero teraz, gdy przeszedłszy przez park nadmorski staję na alei spacerowej. Patrzę na jeden z bardziej reprezentacyjnych ośrodków sanatoryjnych, reklamowanych obficie w całej Europie, widzę jego dumne napisy obwieszczające nazwę i ekskluzywną markę spowite w kłębach dymu, słyszę ordynarny hałas, chodnikowej muzyki, słyszę śpiewy biesiadników, dobrze już rozweselonych a obok gaśnie Słońce. Zachodzi w odwiecznym rytuale, bez kampanii reklamowej, spotów granych w kiczowatej telewizji za pieniądze podatników, kiedy to pod osłoną nocy barbarzyńcy rozpoczynają dziki rytuał, pożerania pieczonego mięsa i odurzania się wódką oraz piwem.
Więc tak ma być? I tak zostanie? Nieosiągalne boskie Słońce i my pyłki w kosmosie posilające się grilowanym mięsem? Tylko, dlaczego ten dziki rytuał dokonuje się w najbardziej reprezentacyjnej dzielnicy uzdrowiska Kołobrzeg? W tej cudownej tzw. strefie A, gdzie goście tu przybywający powinni przynajmniej teoretycznie doznawać tego, do czego podświadomie dąży cała ludzkość, to znaczy powinni pięknieć duchem i ciałem.
Tymczasem przebywając oni w tej słynnej strefie A naszego kurortu, cofają się w czasy odległe, zbrojnych podbojów, rozjuszonych hord, nocnych obozowisk, palonego mięsa, i słabo ważonego piwa wzmocnionego wódką, od które cały następny dzień boli głowa o gwałtach nie wspominając.
Dlaczego tak jest? Zapytam o to wszystko przy najbliższej okazji pana dyrektora, ale teraz zmykam, żeby mnie dzicz nie wciągnęła do ognia i nie zjadła.
kwiecień 26, 2006 | 17:56
Przypomnij mi prosze gdzie ja juz to czytalam?
kwiecień 26, 2006 | 17:58
…. a nie mowilam? …. no i pozbawiles sie cnoty, nie milczysz ….
kwiecień 26, 2006 | 21:20
czytałaś w dzienniku Życie W-wy