Absolwenci “Ekonoma” w nadkomplecie
W czasie tegorocznych obchodów Dnia Nauczyciela ktoś rzucił propozycję zwołania zjazdu absolwentów szkół, które działały w gmachu przy Łopuskiego 13. Pierwszego zjazdu absolwentów w dziejach „Ekonoma”, tak powszechnie nazywanego. Od zakończenia działalności Studium Nauczycielskiego w 1971 roku i przeniesienia tu Liceum Ekonomicznego z Piastowskiej, na oko licząc, różne tu szkoły ukończyło ponad 14 tysięcy osób. W większości to dziewczęta (stanowiły 92% ogółu uczniów).
Propozycję podchwyciło dwoje rodziców (w tym absolwentka) obecnej rady rodziców i wicedyrektor, absolwent „Ekonoma”. Bez zachwytu przyjął to dyrektor, proponując zjazd w 2010 roku, na 50-lecie szkół, ale przekonał się i przyłączył do przygotowań. Organizatorzy fakt ten upowszechniali przez co tylko było możliwe. Początkowo szło opornie, ale na tydzień przed 25 marca – dzień ten wyznaczono na zjazd absolwentów – ilość zgłoszeń przekroczyła możliwości szkolnej auli (mieści 350 osób, a musiała gościć ponad 500). W sobotę – 25 marca – w recepcji szkoły czekały gotowe identyfikatory z nazwiskiem – oczywiście uczniowskim – oraz rokiem ukończenia szkoły. Przed piętnastą – tłum przed szkołą. Przypinanie identyfikatorów opóźniło o pół godziny otwarcie zjazdu. Wreszcie do wypełnionej po brzegi auli wchodzą dyrektorzy i profesorowie z wszystkich lat. Tym razem nie było podziałów na dawnych i obecnych profesorów; wszyscy wielkimi brawami byliśmy przywitani przez absolwentów. Ciepłe słowa powitania Andrzeja Kowalczyka rozpoczęły to wielkie, rodzinne spotkanie.
Odczytano komunikat, aby chwilą milczenia oddać cześć i pamięć tym, którzy odeszli od nas przez 35 lat, a pracowali w szkole. Wspomniano również o absolwentach, którzy już nigdy z nami nie będą. Była to chwila podniosła, tym bardziej, że wielu absolwentów przed spotkaniem w auli złożyło kwiaty na grobach swoich profesorów.
Jako że kierowałem zespołem szkół przez 17 lat (1980 – 1997), wywiązałem się z zadania przypomnienia, bardzo skrótowo, dziejów Studium Nauczycielskie (1960-1971), którego dyrektorem byli Antoni Błaszak i Jan Bobkowski. Jan Bobkowski przez następne 9 lat był dyrektorem wpierw Liceum Ekonomicznego, a następnie Zespołu Szkół Zawodowych im. ppor. Emilii Gierczak. Miał on wielkie zasługi w tworzeniu i prowadzeniu szkoły.
Z perspektywy kilkunastu lat pracy jako dyrektor, opisałem dzieje szkół, współpracę z zagranicą i jej wpływ na przekształcanie się szkoły hotelarskiej, gastronomicznej i turystycznej oraz budowę na wskroś nowoczesnej bazy kształcenia praktycznego w tych zawodach. Były to nadzwyczaj pracowite lata wicedyrektorów i profesorów nad ciągłym doskonaleniem szkół. Dorównywały one zagranicznym, w elitarnym gronie Europejskiego Zrzeszenia Szkół Hotelarskich i Turystycznych. W 1995 roku w poczet tego zrzeszenia przyjęto szkoły kołobrzeskie. Wprowadzającymi były szkoły w Danii i Szwecji i obok niemieckich, francuskich, czeskich, słowackich często gościły kołobrzeskich uczniów z profesorami na praktykach zawodowych na międzynarodowych pokazach, konkursach, seminariach, kongresach, a współpraca z nimi stałą się dniem codziennym. Mówiłem też o rocznym rytmie pracy szkoły, dzięki któremu kształci się i wychowuje młodzież.
Obecny dyrektor powiedział o osiągnięciach swojego 9-cio letniego kierowania szkołą i poprosił absolwentów, aby zwiedzając ją zechcieli to zauważyć. Życzył też miłych spotkań w rocznikach do 1970, 80, 90 i późniejszych ze swoimi profesorami w izbach lekcyjnych; skorzystania ze słodkiego „bufetu”; obejrzenia występu uczniów, specjalnie przygotowanego na tę okazję. Program artystyczny to podróż przez lata oddana zmieniającą się muzyką i piosenką, które często towarzyszyły kolejnym rocznikom na studniówkach i dyskotekach. Na holu kolorowy bufet z ciastem, kawą i herbatą, przygotowany przez szkolnych gastronomów. Wszędzie życzliwi dyżurni i pracownicy szkoły gotowi do udzielenia informacji. Na innym holu wyłożone na stołach kroniki z zapisami przeszłości; księga upamiętnienia absolwentów zjazdu i…. te izby lekcyjne pełne pań (a tylko gdzieniegdzie panów), byłych uczniów z profesorami i… długie godziny gadania, gadania – jak to było za naszych czasów, z ostatecznym wnioskiem: najlepsi byliśmy my!
Sam też wspominałem z nimi, jak to się dochodziło do tego, aby wreszcie po czterech latach liceum zawodowego zostać kelnerem (a nie po „zawodówce”) albo kupcem (a nie sprzedawcą) po liceum handlowym. Bardzo sobie chwalili kształcenie w liceum finansów i rachunkowości. Na zjeździe śladową obecność wykazali absolwenci policealnego studium zawodowego, a po zasadniczej szkole zawodowej było tylko kilku. Silną grupą przybyli księgarze i ekonomiści, niewielu było hotelarzy. Jedna z absolwentek przybyła z całą rodziną z dość daleka. Po liceum ukończyła studia prawnicze, jest sędzią, jej mąż notariuszem, dorastająca córka i młodszy syn jeszcze są uczniami. Miło mi się rozmawiało z bardzo szczęśliwymi ludźmi, z których jedno było moim absolwentem. Do późnych godzin w czasie kolacji takich rozmów było wiele. A z rozmowami trzeba było się spieszyć, bo przez zmianę czasu noc była krótsza o godzinę.
Na tej uroczystej kolacji spotkało się ponad 120 pań i tylko kilku panów, bo ich zawsze mało było w szkole. Absolwenci szampanem przywitali dyrektorów. Był to piękny wieczór i wspaniałe spotkanie: 120 dam na parkiecie, więc panowie mieli powodzenie. Chcemy doczekać tego 2010 roku i kolejnego zjazdu naszych absolwentów.
Tak dobrze mi było z moimi absolwentami, o wielu sprawach opowiedzieli mi przez te kilka godzin. Są naturalni i normalni, cieszą się z każdego najdrobniejszego sukcesu życiowego, że mają udane dzieci, dobrych mężów, zgodne rodziny. Choć były i wyjątki, co tu kryć.
Taki to dziwny felieton – bardzo osobisty, więcej tu opisu zdarzenia niż dowcipnych aluzji i podtekstów. Opisane zdarzenie obejmuje jednak więcej niż 500 osób, a jeśli się do tego dołączy rodziny – liczba znacznie się powiększy. Jeszcze raz się przekonałem, że szkoły zawodowe spełniają celująco swoją rolę społeczną, że uczący się w nich uczniowie to wspaniali ludzie – potrafią wykorzystać zdobytą wiedzę w życiu, są zaradni, energiczni, potrafią pokonywać trudności transformacji, labirynty prawa i progi biurokracji. Są pracowici: wiedzą, że tylko własna praca da im stabilność życiową. Są ambitni i zdolni – nie spodziewałem się nawet, że tak wielu zdobyło wyższe wykształcenie i zajmuje eksponowane stanowiska. Utwierdziłem się też w przekonaniu, że kobiety bardzo dużo potrafią i bardzo dużo tworzą – od dobrej rodziny po własne zakłady pracy. Moi absolwenci to też ludzie wdzięczni, wdzięczni tym, którzy ich uczyli. A to dzisiaj takie rzadkie.
październik 5, 2006 | 14:46
lubie mauczycieli