“Jest na mapie świata…”
„Jest na mapie świata maleńki znak”. Sentymentalna i zrazem patriotyczna treść piosenki Ireny Santor (jej wspaniałe wykonanie) skłoniła mnie do rozważań o relacji kołobrzeżanie – Kołobrzeg. Zeszłoroczna 60-ta rocznica walk o Kołobrzeg w marcu 1945 roku była granicą zamykającą sposób obchodzenia tego święta i myślenia o mieście. Przynajmniej ja tak odczułem i chyba to przyświecało organizatorom. Wielu, bardzo wielu odznaczono, uhonorowano kombatantów wizytą Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Kompanią Reprezentacyjną Wojska Polskiego, odtworzeniem fragmentu bitwy nad brzegiem Bałtyku i Zaślubinami. Podjęto uroczystą kolacją w hali Milenium. Chociaż pogoda płatała figle i dokuczała gościom i gospodarzom, było uroczyście i cel osiągnięto. Weteranom wojny to się należało.
Z przykrością trzeba stwierdzić, że w Kołobrzegu i w Polsce jest coraz mniej tych, którzy walczyli i pamiętają pierwsze powojenne lata. Ci, którzy się wówczas urodzili, mają już wnuki. W ich kręgu zamyka się dotychczasowe myślenie o przeszłości miasta. Z natury rzeczy są już mniej aktywni, więc mają więcej czasu na medytacje i wspomnienia. Czterdziestolatki i młodsi przedkładają teraźniejszość i przyszłość nad historię. Że tak jest, widać w coraz skromniejszych uroczystościach rocznicowych, rok w rok do siebie podobnych. Nie ma na nich ludzi w średnim wieku, nie ma młodych, nie ma młodzieży szkolnej, poza pocztami sztandarowymi i dyżurnym nauczycielem, bo nikt jej już nie przyprowadza – wyszło to ze szkolnej praktyki. Są władze, skromne przedstawicielstwa urzędów, organizacji i mała garstka tych, którzy bez tych uroczystości żyć nie mogą. Dla uczniów w szkołach organizuje się w okolicach 18 marca konkursy wiedzy o mieście, ale one maja taką samą rangę jak konkursy z zakresu ratownictwa czy ekologii. Więcej tu właściwie rywalizacji i chęci zdobycia nagrody albo swoisty rodzaj przygotowania się do studiów wyższych niż autentycznego zainteresowania. To też nowe. Trzeba nauczyciela historii – pasjonata, aby rozgrzał umysły uczniów wiedzą o walkach o Kołobrzeg w 1945 roku. Dla dzisiejszej młodzieży są one podobne do każdej innej walki, w której uczestniczyli Polacy. Jednak przypominanie o „maleńkim znaku na mapie świata” jest naszym obowiązkiem. Wyjazdy młodych z naszego kraju za pracą, za godnymi zarobkami (a tylko niektórzy z nich wracają), znaczy, że „ten znak na ziemi” jest miejscem urodzenia, wychowania, ale niekoniecznie życia. I odwrotnie, obecność u nas Niemców cieszy handlowców, sprzedawców nieruchomości, właścicieli sanatoriów. Zmniejsza to bezrobocie, a zwiększa dochody. Wygasł gniew, wygasła złość, a coraz bardziej rozszerza się myślenie: przyjeżdżają do nas w gości. Przyjadą, odjadą. Nie odbiorą nam Kołobrzegu, jesteśmy tu na swoim. Kołobrzeżanie pozbyli się niepewności, co widać w budowaniu nowych domów, zmianie elewacji starych, w trosce o miejsca pracy dla dzieci. Dziś wyrazem patriotyzmu (choć nikt tego tak nie nazywa) jest zbieranie pieniędzy na fundusz remontowy, upominanie władz, by racjonalnie gospodarzyły ziemią i każdym groszem. Dla patetycznych słów zostawiono niewiele czasu i miejsc. I może to dobrze, bo nadużywane powszednieją, w życiu zaś liczą się dokonania. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić, jak w Kołobrzegu na datę 18 marca będzie się patrzeć za lat dwadzieścia. Czy nazwa zielonego „Placu 18 Marca” w środku miasta będzie się jeszcze przeciętnemu kołobrzeżaninowi z czymś kojarzyła? I czy to marcowe wydarzenie z 1945 roku nie stanie się tak zamierzchłe, jak obecność wojsk napoleońskich pod Kołobrzegiem czy w swoich czasach pobyty rosyjskich żołnierzy?
Tymczasem miasto żyje zwykłym rytmem, coraz bardziej niecierpliwiąc się, że zima nie odchodzi. Kiedy wreszcie będzie ciepło i słońce? Tak się zaczyna rozmowa ze znajomymi. Zapominamy, że to przecież normalna kołobrzeska pogoda, a na zniecierpliwionych czeka Tunezja, Egipt, Kanary. Nie jest dziś problemem (poza pieniędzmi) rozciągnąć lato na cały rok. Za to z zadyszką, ledwie nadążając, próbuję dogonić różne „dnie”. Nie muszę kupować kwiatków na Walentynki, Dzień Kobiet, a pączków w tłusty czwartek. Nie muszę. I gdy już sobie powiem – nie, wchodzę do kwiaciarni…, bo to tak miło podarować komuś kwiatek zimową porą.
Tłusty czwartek pobielił miasto śniegiem. Cukiernia „Gruszecki” dała plamę. Ponad pół godziny czekałem, aby kupić pączki. Po drodze w wielu innych cukierniach „towar dnia” mogłem nabyć bez czekania. Uparłem się – u „Gruszeckiego”! A tu co jakiś czas przynoszono z piekarni do sklepu po kilkanaście pączków, akurat dla jednej, dwóch osób. Śmiech wszystkich ogarniał. Jak doświadczony cukiernik doprowadził do kolejek w dawnym stylu? „A pączki z awokado będą dopiero popołudniu” – komunikowała piękna pani zza lady. Ciekawiło mnie, jaka będzie niespodzianka wieczorna, bo napis reklamowy głosił: „Dziś zapraszamy od 6.00 do 20.00”. Firma ma czas, aby się poprawić, ale dopiero na dzień marcińskich rogali.
W marcu jak w garncu, pełno popularnych imienin, warto więc – w oczekiwaniu na wiosnę – oddać się miłym spotkaniom, a na nich broń Boże nie mówić o polityce, chorobach i braku pieniędzy.
marzec 2, 2009 | 03:11
Every day what I want is to get more wow gold, cheap wow gold, wow gold is very important for our wow player, so we need wow gold