Karkonoskie szlaki w śniegu
Z perspektywy Równi pod Śnieżką wszystko wygląda inaczej – problemy ogólne i osobiste, przeszłość i przyszłość. Liczy się teraz. Śnieg, mróz, wędrówki szlakami wszystkich kolorów na Kopę, Śnieżkę, Słonecznik, pod Strzechę Akademicką, do Samotni i Domku Myśliwskiego. Z drugiej strony na Halę Szrenicką, Szrenicę, do Łabskiego Szczytu. Karpacz i Szklarska Poręba udekorowane jak przystało na karnawał (są przetrzymywane dekoracje świąteczne Bożego Narodzenia) – wille, pensjonaty, hotele i domy wczasowe wszelkich maści (najczęściej bez weryfikacji określonych ustawą) w kolorowych światełkach zapraszają napisami „wolne pokoje”. Są narciarze, w większości całe rodziny, szkółki narciarskie – rzadko turyści wędrujący po zimowych górach. A one takie dostojne, ze srebrnymi grzbietami na horyzoncie, ze schowanymi między nimi stawami pokrytymi lodem, z kotłami i białymi jarami pełnymi puszystego śniegu. Karkonosze to kopy, jedna przy drugiej, z ledwo widocznymi spod śniegu czubami świerków i kosodrzewiny. Między kopami – Równie – jak wzrokiem sięgniesz pokryte jedną wielką bielą. A wszystko to dodatkowo rozjaśnione słońcem od jego wschodu do zachodu. Słowami trudno oddać widoki i wrażenia.
Bardzo dla mnie uciążliwa droga, a właściwie oblodzona ścieżka, na Śnieżkę (przecież tylko 200 metrów w górę od Równi) podsuwała myśli może absurdalne, ale zrozumiałe: jeśli tak ciężko wspiąć się na niewielką przecież górę, to ile trzeba wysiłku, by dojść tam, ponad nią… Śnieżkę zdobyłem w dniu najsurowszych polskich mrozów – zimy’2006 – przy – 20 stopni C. Na górze temperatura była dodatnia (+ 3 stopnie C), choć silny wiatr. Zjawisko turbulencji atmosferycznej.
Zupełnie inaczej było na Szrenicy – też słonecznie, ale bardzo mroźno z powiewem lodowatego wiatru, a z nim przemieszczającego się śniegu. Stara stacja meteorologiczna, już bez aparatury pomiarowej, cała oblodzona i ośnieżona, podobna do groźnych zgliszczy, jest atrakcyjnym punktem fotografowania się z zimą. W dolnej części „opalarnia” – kilka ławek, po siedzenie zatopionych w śniegu, rzadkim turystom służy do wystawiania twarzy do słońca. Tak, tak, turyści na trasach Karkonoszy to rzadkość. Idąc nie masz komu powiedzieć: „dzień dobry” – w górach tradycyjnego pozdrawiania się przechodzących. Na palcach jednej ręki policzyłem turystów, którzy w ciągu dnia przemierzali mój szlak na własnych nogach.
Schroniska. Te popularne i największe – obliczone na dużą ilość gości – takie polskie: z barem i krzykliwą obsługą: „65, naleśniki!” i bardzo głośno zachowującymi się dziećmi i młodzieżą – narciarzami, którzy między jednym a drugim zjazdem wpadają na gorącą herbatę. Zresztą, poza weekendem też nie są oblegane. Trafiłem do schroniska po stronie Czech: „Luczni bouda” (schronisko na łące), to… „panisko” – z restauracją, kelnerami, nakrytymi stołami, porcelaną, ze sztućcami, jadłospisem. Zamówione dania szybko trafiały na stół (bardzo duża porcja knedliczków, pieczeni wieprzowej z zapiekaną kapustą i piwo – 26 złotych… na tej wysokości, w schronisku, bardzo tanio w porównaniu do cen w barach polskich schronisk). Płacić możesz koronami czeskimi, polskimi złotówkami, euro. Czesi są gospodarni, przyjaźni wobec turystów – zabiegają o gości. Nasi uparcie popierają drożyznę, bylejactwo i prymityw. Stan toalet u jednych i u drugich ciągle pozostawia wiele do życzenia; u Czechów są bezpłatne. Myślę też, że ci ostatni mają wyższą kulturę turystyczną. Na jednego Polaka – pieszego lub na nartach – pięćdziesięciu biegaczy (narciarskich) Czechów na wspólnych szlakach, w pojedynkę, grupami, bardzo dużo rodzin. Nierzadko dziadkowie z wnukami, często ludzie w starszym wieku. Niemcy wolą szlaki i schroniska czeskie. Więcej ich tam.
A co w Karpaczu? Mniej bud niż w Kołobrzegu. Wejście do Karkonoskiego Parku Narodowego obstawione bileterami jak wejście na kołobrzeskie molo. Dobrze, że u nas wolna od opłat plaża. Handluje się w Karpaczu rzeczywiście pamiątkami, głównie z drewna, czapkami narciarskimi, rękawiczkami, szkłem, półszlachetnymi kamieniami, regionalną porcelaną oraz oscypkami. Śnieg tu się chroni, trzeba po nim deptać i nikt z tego nie robi problemu. Jezdnie, szczególnie na wzniesieniach, posypuje się piachem z solą. Pełno kafejek, barów, knajpek i pizzerni. Klęską Karpacza jest ogrzewanie domów tradycyjnym opałem (drewno, węgiel) – wieczorami straszny smok wisi nad całym miasteczkiem. Popiołami posypuje się przydomowe ścieżki i dróżki.
Wspomniałem już, że na szlakach brak turystów. W tamtejszych górskich miasteczkach, w Kowarach, Karpaczu, Szklarskiej Porębie nie odczuwa się nadmiaru gości. Na wszystkich możliwych kwaterach napisy „wolne pokoje”, a to przecież najpiękniejszy okres zimy. Pocieszali się miejscowi, że już blisko ferie szkolne w Wielkopolsce. Zjadą się goście?. Kryzys kieszonkowy u Polaków. Niemców tam też nie za wiele. Owszem, w niedzielę kilkunastu na mszy w kościółku ewangelickim Wang. Czesi zaś – o czym wspomniałem – depczą na biegówkach od swoich schronisk do Równi pod Śnieżką, wpadając na herbatę do Śląskiego Domu. Albo wjeżdżają swoim wyciągiem na Śnieżkę.
To widziałem, tym żyłem wiele dni. Zachęcony puszystym śniegiem tegorocznej, słonecznej zimy w Karkonoszach postaram się wrócić tam za rok. A może za czeską miedzę?
marzec 13, 2006 | 19:16
Czytenik z Poznania upomniał się o poprawny zapis: “smog” i “w pizerii”. Śpieszę z autopoprawką i dziękuję. Czytając proszę o poprawienie.
Żaden “smok” nie wisi nad Karpaczem. “Pizzerni” też tam nie ma. Ma być: “smog” i “w pizzernii”.
P r z e p r a s z a m. Mirosław Bremborowicz
marzec 13, 2006 | 23:36
Jak klopot to kłopot - porawka do poprawki - pierwszy wiersz, ostatnie słowo - ma być: “w pizzerii”.Jeszcze raz przepraszam. MB.