Wybieramy programy

Zbliżająca się kampania wyborcza do samorządów mobilizuje ambitnych do stawania w szranki. Jeszcze nie przebrzmiały echa wyborów prezydenckich, a już nowa fala prezentacji własnych wizji, tym razem na szczeblu miast i wsi. To nas bardziej obchodzi, bo na własnej skórze odczujemy, co władzom lokalnym w duszy gra.

Więc zaczynamy od programów. To takie nośne i mające przynieść sukces. O ile kandydatom do władz państwowych udaje się w programach przemycić ogólniki typu: podniesiemy, zwiększymy, obniżymy, to na szczeblu lokalnym już tym się wyborców uwieść nie da. Programy partii, stowarzyszeń i bez partii zapewne będą zawierać to, co ich kandydaci mówili krytykując sprawujących władzę, zapewne poprowadzą drogi inną drogą, wyremontują inne chodniki na innych ulicach i po sezonie (czyli zimą) i zamkną bilans budżetu na oszczędnościach. Zyska się tym zwolenników, bo zawsze kogoś to będzie zadowalało. Nie docenia się z reguły tego, co już zrobiono. Ja też głosowałbym na tego kandydata, który zbuduje windy (zewnętrzne) w czteropiętrowym budynku i ekrany dźwiękochłonne na Walki Młodych. I wcale nie jest to głupi punkt programu wyborczego, choć nie mam złudzeń, że się on tam znajdzie.

Programy wyborcze mają to do siebie, że mieszkańcy miasta mogą się domagać ich realizacji, bo jak jej nie będzie, to mogą władzę odwołać. W praktyce rzadko się to zdarza, obietnice są tak wypowiadane, że zawsze zostawiają szczelinę, by się wytłumaczyć, znaleźć winnego, jakieś okoliczności uniemożliwiające.

Czego zatem oczekują wyborcy od kandydatów na prezydenta i radnych?

Konkretów.

Konkretnych zadań, które zamierzają zrealizować. Mogą opuścić cały początek w programach, gdzie będzie mowa o walce o pokój i solidarność społeczną, o trosce o potrzebujących. Potrzebujący są wszyscy. Jednym się pomóc nie da, innym trochę można, ale wszystkim czegoś potrzeba.

Kandydat na… chcąc sobie zyskać poparcie i kreski – będzie się nad każdym pochylał, przyrzekał, że „weźmie pod uwagę”, postara się i zapamięta prośby. Po wyborach cały ten spektakl przeminie. Zastąpi go albo twarda rzeczywistość, że wszystkich się nie zadowoli, albo troska o udział w komisji, pokazanie się w telewizji i krytyka tych, którym się udało osiągnąć więcej. Gdyby debaty w telewizji miały inny charakter, można by się czegoś konkretnego o poszczególnych programach dowiedzieć, ale poczekam na to przy wystąpieniach już indywidualnych osób.

Kandydatów na prezydenta kołobrzeżanie znają – starsi mają w pamięci nieco więcej niż ci, którzy do wyborów idą po raz pierwszy. Wszyscy oni deklarują bezgraniczną miłość do miasta i absolutne poświęcenie się pracy dla jego dobra. Ideową różnicę deklaruje jeden kandydat i obserwuję, jak z roku na rok dojrzewa do podejmowania ważniejszych spraw. Jeszcze go ponoszą emocję, ale ma kapitał idei, siłę młodości i ambicję, ale za mało dokonań i spraw, które mogłyby go wspierać. Bo kandydując trzeba powiedzieć wyborcom: to zrobiłem „to dzięki przede wszystkim moim staraniom” (bo przypisywanie zasług tylko sobie źle świadczy o mówiącym), nie zawiodłem zaufania i zdobyłem poparcie w takiej i takiej sprawie..

Cóż powiedzieć o innym kandydacie – też młodym? Sympatyczny, ma mnóstwo chęci, za sobą pierwsze funkcje w urzędzie, klarowną ideowość. Trudno przewidzieć, jakim byłby prezydentem. Za mało danych, by wnioskować.

Nie tacy młodzi, ale doświadczeni, są dwaj pozostali kandydaci. Jeden zaprawiony w bojach administracyjnych i to w czasie transformacji. Zawsze krytyczny wobec innych sprawujących władzę, ze swoim twardym elektoratem i programem zagospodarowania wolnych (i nie tylko) terenów. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę sobie wyobrazić jego władzę w mieście.

Czwarty kandydat walczy o „reelekcję”. Ma za sobą wiele dokonań, również tych przed prezydenturą (ze szkółki stworzył szkołę). Kontaktowy, taki do tańca i różańca. Co przeciw? To, że jest, że w mieście jeszcze dziury na jezdni, że spalarnia za blisko, a remonty za wolno. Z tego się nie wytłumaczy, bo przecież nie znamy wykonawców ani umów. Znamy prezydenta. Czy wystarczy „Kwadrans prezydencki” w kablowce, by przekonać do siebie? Nie wiem!

A ja, osobiście, jako człowiek prywatny i obywatel chcę, by nowy prezydent podjął starania o stworzenie nowych miejsc pracy w bezpiecznych przemysłach; by zmusił PKP do uporządkowania terenów, które jej podlegają (łącznie z koszeniem chwastów i usunięciem ruder), by wyegzekwował realizacje budów na terenach wykupionych (róg Fredry i Chodkiewicza), wydał (niewielkie) pieniądze na filmiki w kablowce, które by kompromitowały i ośmieszały tych, którzy nie sprzątają po swoich pieskach.

„Polityka” nr 31 (31 lipca 2010) opublikowała „15 najbrzydszych rzeczy w nowej Polsce” (… ranking koszmarów estetycznych). Przytoczę: worki ze śmieciami (poza miejskimi śmietnikami), nieporządek architektoniczny, bazgroły (tzw. graffiti), reklamy (nadmiar i brzydota), kolejowisko (dworce i torowiska), psie kupy, grodzenia, bazary i targowiska, wielkopłytowe elewacje, neogargamele (szkaradki budowlane), domy z katalogów, siding (plastykowe elewacje), dzikie parkingi, kostka Bauma (Polbruk), dekory (ozdabianie, co tylko się da). Autorzy raportu apelują do samorządów o walkę z koszmarkami, o ustalanie standardów estetycznych, o prowadzenie walki ze śmieciami i brudem, ze złymi nawykami.

Podpisuję się pod tym postulatem. To trudny do spełnienia element programu, ale mądry, bo w Kołobrzegu aż się prosi, by go podjąć. Trzeba, by „Kołobrzeg – perła” perłą był.

kom

Zostaw Odpowiedź

Adres Emial podany w tym formularzu nie będzie publikowany i jest tylko do wiadomości autora strony.