Wizyta u bratanków

Jedyne co pamiętam z pobytu przed wiekami w Budapeszcie, to dwie wieże kościoła z okna hotelu. Była to więc podróż w nieznane. Powitał mnie turystyczny hotelik przeznaczony dla takich jak ja przelotnych gości, ale sympatyczny i wygodny, w zależności od wyboru trasy 15 lub 25 minut autobusem od centrum. Pierwszy spacer i… lekki zawód: jedna z głównych ulic Budy - Beli Bartoka - smutna, okazałe kamienice z poprzedniego wieku przemieszane z klockami z lat 50. - 60., w większości czekają na odnowienie elewacji. Jedyna jasna plama to majestatyczne Gimnazjum św. Elżbiety. Wnętrza domów ukryte za spuszczonymi roletami stwarzają wrażenie pustych. Może gospodarze wyjechali do letnich domków, gdyż było zasadą w poprzednich dziesięcioleciach ich posiadanie. Dopiero w pobliżu Wzgórza Gellerta i zielonego mostu pojawiają się budynki ze szkła i metalu, eleganckie fasady, w oknach wystawowych równie eleganckie rzeczy. Pierwsze piwo w barze przy ulicy za 450 forintów, za to węgierskie. Ach te forinty - bilet autobusowy 320 forintów, kolacja z węgierskimi potrawami 2.750 forintów, wstęp na kąpielisko w wodach termalnych 12 Euro, jedno Euro 267,7 forinta. Za 30 Euro ponad 8.000 forintów; kilka drobnych zakupów i pusto w kieszeni.

Oczy przyciąga Dunaj - szeroki, szarozielony, zaledwie pół metra niżej od naddunajskiej promenady i ważnej arterii samochodowej. Wygląda majestatycznie i groźnie, ale nie widziałem lęku, że zagrozi miastu. Ponoć umocnienia brzegów są tak pomyślane, że można zamknąć zalaną drogę, później drugą, wyżej położoną, aż rzeka obniży poziom. Betonowe nabrzeża wytrzymują, gorzej z dalszymi ulicami, bo wymusza to objazdy i stoi się w korkach. Jeden taki przeżyłem - dwa kilometry - godzina jazdy. Na rzece statki turystyczne, czynny dworzec rzeczny; płynąć takim Dunajem to zapewne mocne przeżycie. Za Budapesztem Dunaj zalewał miasteczka i pola. Widziałem ludzi układających worki z piaskiem.

Wieczorem pierwsze spotkanie z węgierską kuchnią w Tanne Eterem. Próbowałem wielu dań, które od papryki prawie ogniste, koniecznie popijałem czerwonym winem i wodą z syfonu (takiego u nas już nie zobaczysz). Najciekawsze potrawy - panierowana skóra z gęsi z głębokiego tłuszczu, ziemniaki w mundurkach posypane zieloną cebulką (co kraj to na ziemniaki inny obyczaj!) i potrawy, których nie umiem nazwać. Wiele gatunków ciast. W ogródku restauracji do dyspozycji gości grill - jak to grill - karkówka, boczek, kiełbaski. Bar bogaty w alkohole, soki, kawę, herbatę. W drodze powrotnej jeszcze kilka zdjęć Budapesztu nocą. Uroczy!

W drugim dniu w stolicy Węgier jadę ulicą Andrassyego, dokumentnie zakorkowaną, do Placu Bohaterów (zwanym też Placem Milenium), który przygotowują do corocznej gonitwy koni. Korek wydłużył przejazd o ponad pół godziny, będzie mniej czasu na kąpiele. Jestem już w Szechenyi Bath (kąpielisko z wodami termalnymi). Przez ponad dwie godziny zażywam kąpieli w basenach z termalnymi wodami na powietrzu i w budynku. Wody nasycone są różnymi składnikami mineralnymi w temperaturze od 20 do 40 stopni Celsjusza. Uroki tych kąpieli określa reklama: odmłodzisz się nie tylko o kilka lat, ale o kilkanaście! Nie wiem, czy się odmłodziłem, ale poczułem się doskonale.

Pan Jarek, przewodnik, barwnie opowiadał o Placu Bohaterów, Baszcie Rybackiej, u stóp której płynie Dunaj i rozpościera się Budapeszt. Obok pomnik króla świętego Stefana, założyciela państwa węgierskiego i kościół świętego Macieja, którego część dachów pokryto ceramiką. Stąd też widok na Zamek Królewski, na mosty nad Dunajem, a nad nim budapeszteńskie najlepsze (rozumie się - najdroższe) hotele. Dalej gmach Parlamentu, Bazylika świętego Stefana. Wzgórze Gellerta - monumentalne pomniki i ponownie oglądanie panoramy Budapesztu.

Buda - część historyczna miasta z jeszcze starszą Obudą, w której kiedyś stacjonowały legiony rzymskie. Najdroższa część to Wzgórze Gellerta, gdzie mieszkają bardzo bogaci, dyplomaci, a ich wille kryją się w pięknych parkach i ogrodach. Ze wzgórz Budy - szeroki pas Dunaju, a na nim mosty - zielony z herbami, biały na linach - najnowocześniejszy w swoim czasie w Europie Środkowej, świętej Małgorzaty (w remoncie) i kilka innych. Po drugiej stronie rzeki Peszt. W przewodniku określany mianem miasta handlowego. W części centralnej to miasto ozdobnych gmachów, przeważnie z XIX i początków XX wieku, kościołów z katedrą świętego Stefana, muzeami, akademiami artystycznymi, operą, nie mówiąc o hotelach, budynkach rządowych i również kąpieliskach termalnych. To całe kompleksy, trochę chyba na wzór term rzymskich. Obok basenów zewnętrznych, te w środku jakby w architektonicznych szkatułkach, każdy w innej. Spokój, przemieszczanie się gości z jednego basenu do drugiego i dyskretna obserwacja ratownika. Łagodne formy masażu wodnego, wartki strumień rzeki, wygodne ławeczki i poręcze zachęcają do kąpieli ludzi w różnym wieku. Urzekła mnie architektura wnętrz i staranie, by przyjemności fizyczne kąpieli połączyć z przyjemnością obcowania z pięknem. Naprawdę zazdroszczę Węgrom nie tyle wód termalnych, bo te i u nas, co wykorzystania ich. Każdy obywatel otrzymuje za darmo kilkanaście takich zabiegów w ciągu roku. To piękny dar państwa i troska o zdrowie ludzi.

Wieczór tego dnia w jednej z piwnic “Palace Catering” z kuchnią węgierską, degustacją wina rozlewanego przez kelnera pipetą, z muzyką cygańską i węgierskimi tańcami. Witano mnie jak bratanka - śliwowicą i białym chlebem, dopiero co wypieczonym. Na moim stole biało - czerwony proporczyk. Ucztowałem długo, bawiła mnie orkiestra i tancerze. Wyszedłem z butelką wina “Barkatakomba”, a na etykiecie moje zdjęcie.

Trzeciego dnia Szentendre - miasteczko malarzy nad Dunajem. Pół godziny od Budapesztu, podobne do naszego Kazimierza nad Wisłą. Urocze uliczki ze sklepikami pełnymi węgierskich pamiątek (nie chińskich, jak u nas!). Kupiłem kilka pamiątek porcelanowych z węgierskimi ornamentami, miedzy innymi kolejny talerzyk do zbioru, który zdobi ścianę kuchni. Trochę mnie to kosztowało, bo węgierskie pamiątki nie są tanie. Jeszcze w Szentendre pożegnałem się z Dunajem, a w drodze do Bratysławy zwiedzałem monumentalną Bazylikę w Esztergron.?

Węgry przeżywają kryzys ekonomiczny i polityczny. Kraj - to jedna trzecia powierzchni Polski i 10 milionów mieszkańców. Gdy się ogląda 2. milionowy Budapeszt ze Wzgórza Gellerta i turystycznego autokaru, tak bardzo tego nie widać. Za to widać wielkie ilości autokarów z Polski. Z samego Kołobrzegu dwa. Spotkałem znajomych na basenie. Widziałem rejestracje z Warszawy, Rzeszowa, Białegostoku, Krakowa, Elbląga, Szczecina, Koszalina. Myślę, że tysiące Polaków spędziło weekend w Budapeszcie. Zostawiło tam też wiele Euro, a to dowodzi, że nasz kryzys chyba nie tak głęboki, skoro zwykłych ludzi stać na przyjemność (kosztowną) odwiedzenia bratanków.

kom

Jedna Odpowieź do “Wizyta u bratanków”

  1. andrzej Napisał(a):

    Panie Redaktorze, rozumiem że w przyszłym felietonie pojawią się spostrzeżenia z pozostałych miejsc Trójkąta Wyszehradzkiego?
    Slovakia, Bohemia, Saksonia?
    pozdrawiam z Warszawy

Zostaw Odpowiedź

Adres Emial podany w tym formularzu nie będzie publikowany i jest tylko do wiadomości autora strony.