Spotkanie z Gdańskiem, Sopotem, Oliwą i moimi dziewczynami
Na początku czerwca ubiegłego roku w felietonie „Nasza klasa – V b!” absolwentkom „Medyka” rocznik 1961/1966 napisałem: „Może uda się kiedyś – za rok, a może za kilka lat powtórzyć spotkanie…”. Nie czekałem nawet roku. 29. maja sztuką „Zawisza Czarny” w Teatrze Wybrzeże i kolacją w restauracji „Kuchnia Rosyjska” na Długim Targu w Gdańsku – znowu z radością spotkałem się z klasą , której byłem wychowawcą (po raz pierwszy w życiu) w kołobrzeskiej szkole pielęgniarskiej. Tym razem do Gdańska moich dziewcząt przyjechało 10: Hanka i Mirka – siostrzyczki Rabel, Irenka Burnos, Ula Wojdyńska, Jadzia Kobrzyńska, Ania Kreliszyn, Terenia Stańczak, Reginka Turek (nie było jej w Kołobrzegu), Ania Wilczyńska i Ela Sowińska – organizatorka spotkania (wszystkie nazwiska z czasów uczniowskich). Eli pomagała Majka Siwek, nauczycielka pielęgniarstwa, przez pewien czas też wychowawczyni tej klasy. Przyjechały z Kołobrzegu, ze Śląska, nawet z Zakopanego, były też miejscowe – z Gdyni i Wejherowa.
Po roku niewiele nowego w ich życiu. Większość na emeryturze. Korzystają ze współczesnych możliwości: wycieczki, wycieczki, oczywiście zagraniczne. Ela nawet bała się, że nie zdąży na spotkanie – tego dnia rano wróciła z Włoch, a w planie już następny wyjazd. Przez jakiś czas, jedna przez drugą, mówiły tylko o zagranicy. Przyszedł czas na dobrą sztukę w Teatrze Wybrzeże, a po niej na kolację. W czasie kosztowania sałatek z buraków, cebuli, ogórków, które serwowano na przystawkę – wspomnieniom o szkole nie było końca. Kolejne przystawki – „kurnik” – ciasto z nadzieniem z jarzyn polanych gorącym białym sosem czosnkowym, śledzik pod szubą, gorący kociołek z jarzynami w pikantnym sosie, „sało” z jarzynami. Danie główne – bliny z różnymi dodatkami. Co ci Rosjanie jedzą – komentowały moje panie, ale wszystkie, razem ze mną, zajadały się mówiąc: doskonałe, smakuje!
Opuszczam przemiłe towarzystwo i idę w nocnych światłach Długiego Targu, po drodze kłaniając się Neptunowi, który czuwa nad spóźnionymi przechodniami.
W przeddzień spotkania odwiedziłem sopockie molo. Dojście utrudnione, bo buduje się Dom Zdrojowy. Obiekt okazały i piękny. Obok Sharaton i oczywiście gwiazda Sopotu – „Grand Hotel”. Dom Zdrojowy stoi na wprost wejścia na molo. „Grand” od strony morza z ukwieconymi balkonami, przed frontem przystrojony kolorowymi rabatami, od ulicy zaś jak zwykle gościnnie – zapraszamy! Na spacerowej ulicy Sopotu tłoczno. Wrażenie robi „Krzywy Dom” i odbudowa jednego z peronów kolejki w stylu retro. Będzie pięknie i romantycznie…
Sopockie molo…Białe, szerokie, długie, na jego końcu makieta ukazująca, jak będzie wyglądała przystań jachtowa, która właśnie się buduje. Kilka stoisk z bursztynową biżuterią i jedno z pamiątkami nie przeszkadzają spacerowiczom, nie przesłaniają morza – nawet są ozdobą miejsca. Podobny charakter mają stoiska na spacerowym deptaku przed Domem Zdrojowym. Nie ma nachalnego handlu, nagabywania i atmosfery bazaru jak w Kołobrzegu. Myślę, że handlarze czują respekt przed konsekwentną i silną władzą. Do Sopotu nie przyjeżdża się po chińskie szmatki i rupiecie. Zazdrościłem rozmachu w zagospodarowaniu przestrzeni i atmosfery eleganckiego świata. Długo nie pójdę w Kołobrzegu nad morze, by nie psuć sobie tamtego wrażenia. Oczywiście nieco dalej też stare domy, chwasty, zaniedbane całe kwartały. To też widziałem, ale nabrzeże utrzymane pięknie.
Zwiedziłem też Oliwski Park, w nim małą palmiarnię, a przede wszystkim Bazylikę Archidiecezjalną. W niej organy, oczarował mnie koncert organowy. „Wsłuchać się można w śpiew ptaków, bicie dzwonów, plusk wody, pomruki niedźwiedzia i głos ludzki. Słońce, księżyc i gwiazdy na szczytach prospektu w trakcie gry kręcą się” – piszę za przewodnikiem „Organy oliwskie” ks. Brunona Kędzierskiego i Zdzisława Skargo. Zupełnie zapomniałem o świecie, kiedy rozbrzmiewały „Alleluja z oratorium Mesjasz”, Franciszka Szuberta „Ave Maria” czy „Fuga” Jan Sebastiana Bacha.
Po koncercie wiele czasu zajęło mi zwiedzanie Bazyliki. Od wielu detali architektury wnętrza, na przykład – stelli z końca XVI wieku czy prezbiterium, trudno oderwać wzrok. Surowe białe wnętrze wypełnione jest w większości barokowymi obrazami i rzeźbami, pełnymi ekspresji i religijnego patosu. Wszystko to domaga się od zwiedzającego uwagi i zainteresowania. Piękna Bazylika i pięknie utrzymane otoczenie, a właściwie wiele otaczających ją budynków, które tworzą zespół architektoniczny służący Kościołowi. Wokół katedry rozpościera się Park Oliwski. Szczególne to miejsce wypoczynku mieszkańców i turystów. Można powiedzieć wprost – Ogrody Oliwskie. Jest tu część francuska ze starymi cisami, bindaż, stawy, słynna „Aleja Lipowa”. Jest też mała palmiarnia z roślinami południa Europy. Atrakcją dla dzieci jest żółw, który od czasu do czasu podjada rzucone mu kawałki szynki.
Opuszczając ogrody w Oliwie pomyślałem sobie, czy u nas w Kołobrzegu nie można by stworzyć coś podobnego? Terenów nie brakuje, zaś zbudowanie palmiarni dawno temu postulowano. U nas, kończąc spacer aleją nadmorską po stronie wschodniej, jedynie podziwia się panoramę miasta z 11. piętra kawiarni „Arka – Mega”.
Piękne miejsca, obiekty budzą podziw, chociaż oglądało się je kilkakrotnie. Później długo pozostają w pamięci i są tematem rozmów. Czasem marzeń: może by tak i u nas… Albo myśl – co my pozostawimy po sobie? Czy będzie to równie piękne, jak rzeźbione anioły w Bazylice Oliwskiej?
Przeżyłem piękne trzy dni z daleka od telewizora i komputera. Podróżowałem wśród kwitnących i pachnących rzepaków, podziwiałem bukiety kwitnących bzów i przebywałem z miłymi i życzliwymi ludźmi. Dziękuję Wam, moje dziewczyny i Tobie Halinko.