Po katastrofie

Nic nie powróci życia ofiarom katastrofy.
Minuty ciszy były tak skutecznie zagłuszane przez media, że zabrakło czasu, by pomyśleć. Znowu apele o przełom w polityce i w duszach. I znowu: trzeba, musimy, mamy nadzieję… A tak naprawdę liczy się mądra pamięć. Bo świat się nie skończył. Słońce budzi do życia przyrodę, poranek – do pracy. Po zgiełku słów i obrazów potrzeba ciszy. Wydarzenia ostatniego tygodnia pozwoliły mi wiele zobaczyć i wyłowić z potoku słów parę naprawdę mądrych.

Najwyższe uznanie dla Premiera, Marszałka i służb państwowej administracji. Bardzo godne i perfekcyjnie zorganizowane przywitanie ofiar na lotnisku. Cztery razy – dotychczas – witał je Premier, traktując wszystkich tak samo, ale każdemu poświęcił kilka zdań, podkreślając to, co było piękne w biografii i działaniu. Nie dzielił, nie wyróżniał. Słuchałem mądrych słów i tylu, ile było stosownych w tej okoliczności. Marszałek uszanował wolę rodziny i pracowników Gabinetu Prezydenta we wszystkich sprawach, które były ich życzeniem. Początkowo zaskoczyło mnie przewiezienie zmarłych do Hali Torwaru. Nie znam na tyle Warszawy, by wiedzieć, czy nie było lepszego miejsca, ale byli tam wszyscy obok siebie i rodziny mogły swobodnie stamtąd zabierać Ich na ostatnie miejsca. Pomagano rodzinom, pomagano tym, którzy chcieli oddać cześć zmarłym.

Piękna uroczystość pożegnania na Palcu Piłsudskiego. Nie pół miliona, a 100 tysięcy zebranych. Nie mnie osądzać, dlaczego tak rozłożyły się emocje. Ofiarom z Polski wynagrodzą to ich rodzinne strony, miasta. I będą to pożegnania bardzo autentyczne, spontaniczne. Bo Oni budowali wielką Polskę z tak zwanych małych ojczyzn. Głosując w Sejmie myśleli, jak to odmieni życie na Podkarpaciu, w Białymstoku, Gorzowie, Kołobrzegu. To Oni są tą Polską, którą w Warszawie określa się „gdzieś tam w kraju”. Kiedy patrzyłem na Premiera na niedzielnej uroczystości, myślałem, ile może wytrzymać? Co jeszcze może powiedzieć, by się nie powtarzać, by zachować równowagę między tym, co należy się zmarłym, a co zgromadzonym – żywym.

Mam najwyższe uznanie dla wojska. Poniosło ono największe w tej katastrofie straty. Myśmy ponieśli. Tym razem rozkaz kazał oficerom i żołnierzom stać na warcie, przenosić trumny, organizować uroczystości państwowe. Obserwowałem niezwykłą sprawność, wytrwałość i powagę. Mogą zameldować swoim dowódcom: rozkaz wykonany. Nie było to łatwe.

Z telewizora lały się łzy. Było ich bardzo dużo. Na pewno większość bardzo szczerych. Były też prowokowane. Niektórzy dziennikarze, znani z bezwzględności, z czego uczynili sobie wizytówkę, płakali razem z zaproszonymi gośćmi. W pierwszym dniu przyjmowałem to ze zrozumieniem, później podejrzliwie. Wymuszane wypowiedzi, mówienie za pytane osoby – to nie było dobre. Szczytem było pytanie redaktora Jacka Pałasińskiego w rozmowie z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, czemu nie było go w tym samolocie? Jako widz odebrałem to: czemu Pan żyje? Prezydent odebrał to tak samo. Szczyt! Czy dziennikarza nie obowiązuje takt i może wszystko? Jest też „kwestią smaku” wykorzystywanie tragedii i śmierci kogoś, by kolorować własny życiorys i powiększać swoje zasługi.

Kraków zorganizował Panu Prezydentowi królewski pogrzeb. Złożyły się na to atmosfera Kościoła Mariackiego, Requiem Mozarta, powaga nabożeństw, przemówienia i kazania. W sposób taktowny wkomponowano w uroczystość religijną obecność zagranicznych delegacji. Umieszczenie w przyszłości tablicy z nazwiskami wszystkich ofiar w krypcie katedralnej może łagodzić ewentualne spory.

Czy powstaną mity? Czy znajdziemy wyjaśnienie dziwnych okoliczności, zbieżności dat? Wyjaśniałem sobie zawsze zdarzenia w sposób racjonalny, ale tym razem rozum sobie nie radzi.

kom

Zostaw Odpowiedź

Adres Emial podany w tym formularzu nie będzie publikowany i jest tylko do wiadomości autora strony.