Rozśpiewały się ptaki…
Jako że wielkanocne mazurki są lukrowane, mój felieton też będzie od góry słodki – o ptaszkach, kwiatkach i wielkoczwartkowym zajączku.
Od późnej jesieni, przez całą zimę (śnieżna i mroźna tego roku) przyfruwały na balkon sikorki – bogatki i modraszki. Z ptasiej stołówki zabierały ziarenka słonecznika i czym prędzej siadały na gałązkach lipy, tam zajadały się trzymając je w cieniutkich nóżkach. I po następne, i następne… Dużo godzin poświęciłem na podglądanie moich skrzydlatych gości. Dziś z rzadka przyfruwają, uwiły sobie gniazdka i maja inne obowiązki. Za to na pobliskiej lipie basowym kra…, kra… straszy gawron pilnując uwitego gniazda. Zbliżonym do słowiczego śpiewem o swoich godach powiadamiają żółtodzioby – kosy. Nad ogrodem przeleciały sznury i klucze gęsi i żurawi. Przyszła wiosna. Tyle ptaków wokół, a słońca jak na lekarstwo, jeśli już – to popołudniem. Jest cieplej. W balkonowych skrzynkach wybiły tulipany, żonkile i krokusy. Będą mnie radowały ich kwiaty. Modre i żółte i pyszczki bratków już chwieją się na wietrze i każdego ranka witają ze mną dzień. Wiosna! Za kilka dni Wielkanoc.
W czwartek, znane najmłodszym kąty domu, odwiedzi zajączek. Na długo przed nim sklepy zasypano chińskim cudeńkami. Czego tam nie ma! Porcelanowe i szklane ptaki, ptaszki, kurki, koguciki – jako solniczki (dziurki do wysypywania soli, pieprzu w oczkach, dziobkach, a nawet pod ogonkiem – brzydko mi się to kojarzy). Są kury i koguty, a nawet kaczki wielkości naturalnej. Najwięcej różnorodnych pomysłów jest na pisanki, kraszanki i malowanki (ostatnio wyklejanki (?)). Spotkałem pisanki polskiego pochodzenia – z wydmuszek. Były piękne, ale tak jak piękne, tak i drogie. Pełno baranków, króliczków, zajączków. Można uzbierać wielkanocny zwierzyniec. Dzieci zapewne to bawi, chociaż i dorośli nie są na to obojętni. Wielkanocny towar z półek sklepowych znika i przenosi się do naszych domów. W moim domu tradycyjnie jajka będą kolorowane w cebulance i oziminie – żółte, czerwone i zielone; wypolerowane kawałkiem słoniny, by na półmisku błyszczały. Baranek z masła, uszy i ogonek z listków bukszpanu, a pyszczek i oczy z ziaren czarnego pieprzu. Taki mi się najbardziej podoba, bo przypomina mi dzieciństwo, tak przystrajała go moja babcia. Staropolskie zwyczaje (jak czytam w Podaniach na Wielką Noc) mówią, że na wielkanocne śniadanie, obok kolorowych jaj, podawano wędzone – szynkę, boczek, kiełbasy i mięsiwa smażone, pokrojone w plastry. A wszystko rozpoczyna biały żur z kiełbasą. Na deser baba „na młodziach” (drożdże) z rodzynkami (z kolonialnych krajów – jak piszą w Podaniach).
A co donoszą przed Wielkanocą z miasta? Nie o nastroju świętowania. Trwa spór pomiędzy różnymi ugrupowaniami politycznymi o realizację zaplanowanych inwestycji. Władze miasta mówią twardo, że wszystkie zapowiedziane się ziszczą. Do tej pory w zaawansowanym stanie są trzy. Pozostałe, jak cukierki owinięte w pozłotka, nie wiadomo czy to marcepany, czy tylko landrynki. A może jak jajeczka wielkanocne mają być niespodzianką? Mój niemiecki kolega, na Boże Narodzenie, przysłał kartkę wielkanocną i podpisał „niespodzianka”. Można i tak, kiedy nie ma się innego pomysłu, aby drugiego uszczęśliwić. Ale miasto to nie bajka, nie kartka z życzeniami. Już wiele razy pisałem o inwestycjach, jakie fundujemy sobie w Kołobrzegu. Pisałem i o tych, którzy brzydko je nazywają, kiedy już wyrosły. Przecież tak się stało za ich przyzwoleniem, bo zgodzili się, aby je wznoszono. Miedzy innymi idzie o takie, które wszystkim będą służyć. A jeżeli się je nie zbuduje, zasypią nas śmieci, zaleją brudy, a reszty z oczyszczania kanalizacji będą jeszcze mocniej dokuczać. Pech chciał, że kiedyś w ich pobliżu zlokalizowano dzielnicę domków jednorodzinnych. I dziś protest ich właścicieli – „udusić się nie damy!”. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, więc doradcą być nie mogę, ale wierzę fachowcom, którzy klarownie mówią i udowadniają, że inwestycje te (lepiej niż do tej pory zabezpieczone przed wydzielaniem wyziewów) nikomu zagrażać nie będą.
I tak w lepszej sytuacji są władze miast niż powiatu. Permanentnie przekształcały jedną ze szkół, aż przy niej zrobiły firmę tak potężną, że szkołę przygniotła. Zgodnie z państwowymi przepisami, z końcem tego roku muszą ją zamknąć. Co zrobić z majątkiem tak wielkiego zespołu nieruchomości? Co z ludźmi tam zatrudnionymi? Co zrobić z warsztatami praktycznej nauki zawodu? Na te pytania nie tylko musi odpowiedzieć starosta powiatu, odpowiedzialność spada również na radnych. Najbardziej obawiam się o los hotelu „Centrum”. Od dyskusji i pomysłów gorąco. Gdyby chciano posłuchać ludzi, którzy kiedyś to tworzyli we właściwym porządku – nie byłoby problemu. Teraz trzeba chyba wrócić do początku.
Wesołych Świąt Wielkanocnych. Smacznego jajka.