Podróż sentymentalna

Żeby w ostatnie dni lata urozmaicić sobie życie, wybrałem się w sentymentalną podróż, podróż po sentymentach. Przemierzyłem po przekątnej Polski blisko 800 kilometrów – z północnego zachodu na południowy wschód i tyle samo z powrotem do domu. Dlaczego nazwałem podróż sentymentalną? Bo odbyłem ją już kilkadziesiąt razy, bo wrosła w moje życie, jak zegar odmierzała lata i zawsze obfitowała w przeżycia. To też okazja, by spojrzeć na kraj, zobaczyć jak się zmienia i nacieszyć oczy pejzażem.

Tuż za Koszalinem droga w remoncie – tak zwana „mijanka” – urzędowo: „zmiana organizacji ruchu – ruch wahadłowy”, regulowany światłem albo panem (była też pani) z radiotelefonem: „zatrzymaj”, „puszczaj”. W Pomorskim, Kujawsko – Pomorskim, Mazowieckim i Lubelskim całą parą przebudowa dróg. Nie widać żurawi budowlanych nad miastami. Drogi zaś buduje się wszędzie. Przejazdy przez wahadła wydłużają czas podróży. Zajęły mi dodatkowo godzinę w każdą stronę, a podróżowałem w dwie niedziele. Coś za coś w przyszłości. Nie mają lekko drogowcy. Rok 2012 blisko, piłkarze i kibice muszą jeździć, jeżeli już nie autostradami, to przynajmniej drogami ekspresowymi. Może zdążą? Na mojej trasie wiele odcinków dróg (numer: 11, 25, 22, 240, 20, 1, 10, 7, 12,17) już zbudowano, dobudowuje się pobocza, wiele czeka na opisanie. Drogi drogami, ale co przy drogach?

Niestety, mimo że restauracji przybywa, jak grzybów po deszczu (różnie nazywane, najczęściej zajazdami), dobrej kuchni nie znalazłem. Napojów za to wiele, piwa wszędzie pełno, kawa z nadmiarem cykorii. Bufety i restauracje przy stacjach benzynowych (a te, co krok) nie doskonalą się, dalej skromne pod każdym względem. Nie mogły mnie niczym zadowolić. Personelowi też brakuje wysokich umiejętnościach zawodowych – rozmawia ze swoim komputerem do rachunków, a nie z konsumentem. Na stacjach benzynowych z dystrybutora sam nalewałem paliwo. Za to stróże ochrony poradzili mi, który dystrybutor czynny, jakim paliwem dysponują i…, że restauracja jeszcze nieczynna (a już 7.30 !). Na żadnej stacji, przy której zatrzymywałem się, nie było aparatury do mierzenia ciśnienia w oponach. W jednej, firmy Schell, kasjer radził: „wie pan, tam kawałek dalej, w lewo, można zmierzyć i napompować…”. Słuchałem go ze zdziwieniem, że w tej klasie stacji paliw można do klienta mówić w ten sposób. Po prostu niedbalstwo! Za to budynek stacji – przysłowiowa stodoła! W piwnicach dyskoteka, według miejscowych, słynna na całą okolicę. Schell jest tu tylko gościem, któremu rozlewają paliwa. Wiele też trzeba poprawić w toaletach.

Przy trasie nadal zbyt wiele reklam utrudnia czytanie znaków drogowych. Już kiedyś w moich felietonach z podróży zwracałem na to uwagę. Nic się nie zmieniło, przybywa reklam o dużym natężeniu światła, które przeszkadza w prowadzeniu samochodu. Oślepiają też otwarte światła nocne w zabudowaniach w pobliżu drogi. Zaś nadmierne ograniczenia prędkości do 40 i 50 kilometrów, straszenie kontrolą radarową i budki z radarami czy bez radarów (!), były dla mnie zmorą. Na jakiś czas odebrały mi przyjemność podróżowania samochodem, a przecież tak uwielbiam podróże!

Lubię obserwować okolice, porównywać, odnajdować zmiany. Na Wschodzie Polski bogato. Nowo wybudowane domy – duże, stare odnowione, zadbane trawniki, upiększone klombami kwiatowymi, przed nimi dobre samochody, weekendowe spotkania rodzinne (może na wieś po prowiant?). Ludzie jakoś pomieścili się w warsztatach pracy u prywatnych przedsiębiorców. Szanują ich, bo dają pracę. Zarobki? O tym się nie rozmawia, a ja nie dopytywałem. Nikt nie jest głodny. Nierobów i pijaczków (zwanych od serialu – „mamrotami”) jak wszędzie. Na jednym z cmentarzy zaskoczył mnie ruch robotników i ich ilość. Kamieniarze, murarze, konserwatorzy zabytkowych grobowców, przed cmentarzem kwiaciarze i sprzedawcy zniczy i zawsze pełne samochodów parkingi. Zadbane i okazałe grobowce to też oznaka zamożności współczesnych.

Do szkół dużo dzieci jeździ rowerami, korzystając z ostatnich dni pogody. Większość rodzin swoje pociechy przed szkołę dowozi samochodami. W latach 80-tych, we Francji, widziałem dowożone przez rodziców dzieci do szkoły, i nie mogłem wyjść z zachwytu. Zastanawiałem się, czy nie jest to czasami nadopiekuńczość. I doczekałem się tego w Polsce.

Sklepów tam też mnóstwo i towarów w nich. Kuracjuszy, wczasowiczów i zagranicznych gości – jak u nas – nie ma. Mniej Ukraińców i Rosjan, handel z nimi przybrał nowe, chyba bardziej cywilizowane formy. Ale na granicy dalej „zgroza” – jak mi opowiadano.

Przejście lata w jesień przeżyłem w pełnym słońcu. Grzało w zeszłym tygodniu, co dnia, a w południe – niemiłosiernie. Obrodziły tam śliwy i pomidory. Ludzie, których spotykałem, byli zadowoleni, okazywali to życzliwym uśmiechem i dobrym słowem. Nie ma w nich, co widziałem dawnej – przygnębienia i zmęczenia ciężką pracą oraz narzekania na swój los. Wyzwoli się z tego. Rozmawiali o wszystkim, a znają mnie ponad 40 lat. Może i pomyśleli, że już rzadziej mnie tu zobaczą… Tak zachowywało się moje lub bliskie mojemu pokolenie. Młodsi pracują, dojeżdżają do innej miejscowości, nawet po kilkadziesiąt kilometrów. Ich, tacy jak ja, którzy przyjeżdżali od czasu do czasu, nie interesują. Mają swoje rodziny, dzieci, starsze na studiach w znaczących miastach akademickich. Skupieni na utrzymaniu na dobrym poziomie własnego domu i jego otocznia. Nie wszyscy mają wolne soboty. Różnie z nimi bywa u prywatnego przedsiębiorcy. Ledwo wolna niedziela, wielkie święta. Wtedy odwiedziny u rodzin, powrót do domu z myślą – rano do pracy, dzieci do szkoły.

Mniej tytoniowych pól, a po suszarniach ślad zaginął. Łąki nie koszone, bo na co siano? Starsi ludzie żyją nie z uprawy roli, nie z ziemi, tylko z emerytury rolniczej. Mówią, że chociaż licha, jest wielkim dobrem. Na nią zapracowali w czasach, kiedy byli rolnikami i gospodarzami na swojej ziemi. Została ta ziemia, w części dziś nie uprawiana, nie zasiana ziarnem na chleb, albo dzierżawiona innym. Przykro patrzeć, jak zarasta lasem lub chwastami. Na kogo ziemia czeka? Nie mam odpowiedzi. Sentymentami żywić się nie będzie.

Wieś, do której przyjeżdżałem, zmieniła się. Nowa szkoła, dobra droga, przy niej willowe domy i estetyczne obejścia. W oczy rzuca się dbałość o trawniki, kwiatowe rabaty, ogrodzenia. W zapomnienie poszły podwórkowe psy na łańcuchach, kury na podwórkach, na drodze rozmawiający ludzie. Ludzie jeżdżą samochodami. To ich warkot i odgłosy kosiarek do trawy zapamietam jako popołudniową muzykę konkretną. Chociaż… świerszcze zostały. Gdy zapada zmrok, grają swe pieśni tym, co zrezygnowali z oglądania telewizyjnych seriali.

kom

Zostaw Odpowiedź

Adres Emial podany w tym formularzu nie będzie publikowany i jest tylko do wiadomości autora strony.