Prezenty od polityków
Polityką miałem się nie zajmować - tak sobie postanowiłem. Ale jak tu być obojętny wobec prezentów, jakie otrzymuje moje miasto od polityków?
Jedna wspólna konferencja władz miasta i gminy, i już wiem, którędy będę jeździł do S-11. Budowa wspierana przez naszych polityków ze Szczecina i Warszawy.
Będzie port jachtowy, jaki marzył nam się od dawna. Trzeba pieniędzy na jego budowę (chociaż nieco pomniejszoną) - jest prezent od naszych polityków ze Szczecina. Tylko marzyciele o jachcie “Kołobrzeg” wszelkimi sposobami naganiają grosik po grosiku do skarbony, aby z kadłuba, ściągniętego z Wielkopolski, stworzyć piękny jacht. Zdrowa to akcja, trzeba, aby w Kołobrzegu nie tylko była duża marina, ale aby mogły do niej zawijać jachty z herbem naszego miasta, których w przeszłości łatwo się pozbyliśmy.
Zresztą wiele rzeczy istnieć przestało. Przedsiębiorcom zza morza sprzedaliśmy hotel “Skanpol”, który był własnością Kołobrzeskiego Przedsiębiorstwa Turystycznego “Bałtywia”. Tereny portu przekazano trzeciemu polskiemu armatorowi z siedzibą w Kołobrzegu, by je dzisiaj odkupić za pieniądze miasta. Rozwiązano wspaniale prosperujące przedsiębiorstwo turystyczne (zresztą rozwiązano wiele przedsiębiorstw) tylko dlatego, że było państwowe i wysłaliśmy kwaterodawców na perony stacji kolejowej z karteczkami: “Wolne pokoje”. Sprzedano “Morskie Oko” wraz z gruntem i dziś mówi się (przeczytałem w jednym z wywiadów w naszych gazetach), że właścicielowi należy umożliwić jeszcze dokupienie zachodniego terenu przyległego do “Morskiego Oka”, skoro są społeczne oczekiwania, że powinno ono być odbudowane .Jeżeli nie będzie możliwości dokupienia tego gruntu, to “Morskiemu Oku” nigdy nie przywróci się dawnej świetności. A może właścicielce brakuje jeszcze kawałek wydmy do rodzinnego podziału? A może jest nabywca, ale do ziszczenia się jego planów gruntów zbyt mało? Politycy o tej budowie milczą. Rozumiem, prywatna własność - nietykalna! Ale ta “własność” obiecała, że zbuduje na nowo to, co rozebrała do wysokości pali, które już ledwo wystają spod piasku plaży. Widok ten jeszcze długo będzie straszył mnie i gości?
Ale wróćmy do prezentów: piękny kompleks boisk przy Gimnazjum Nr 3 im. Zjednoczonej Europy. Jakby na zaprzeczenie tego imienia, władze miasta na budowę kompleksu z własnej kasy wydały 2 miliony złotych. Moje zmartwienie to to, aby na boiskach gier zespołowych, na bieżniach, rzutniach panował tłok dzieci i młodzieży. Zajęcia z nimi, od rana do wieczora, niech prowadzą nauczyciele wychowania fizycznego i sportu. Obserwuję na boiskach sportowych Szkoły Podstawowej Nr 4, że ich wykorzystanie jest małe poza lekcjami wychowania fizycznego. Od czasu do czasu grają tam przerośnięci młodzieńcy w koszykówkę, rzucają piłką do kosza i straszne słowa. I tyle.
I jeszcze jeden prezent - ten od polityków wojewódzkich - dokonał się na ulicy Grottgera. Jak pisze “Głos Koszaliński” z 1. września br “Medyk do starostwa” - Policealną Szkołę Medyczną, od początku tego roku szkolnego, prowadzić będzie starostwo powiatowe. Przed dwoma laty z inicjatywy kierownictwa szkoły (przecież w Szczecinie kołobrzeskich gazet nie czytają) rozpętała się burza - “będziemy, czy nie będziemy?”. Jedna z rzeczniczek prasowych Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego podniosła wrzawę na moje przypuszczenia, wypowiedziane w Kulisach Kołobrzeskich, że szkoła przestanie istnieć w rękach marszałkowskich. Daruję pani rzecznik to wszystko, co o mnie napisała. Dobrze, nawet bardzo dobrze, że prowadzącym szkołę będzie Starostwo Powiatowe. Można się spodziewać szybkiego jej przekształcenia w państwową wyższą szkołę zawodową kształcącą na kierunkach medycznych. Nie udało się turystyce, hotelarstwu, gastronomii, może uda się zawodom medycznym. Prędzej czy później będzie to wyższa szkoła licencjacka i to szkoła publiczna! Politycy wojewódzcy mojemu miastu sprawili piękny prezent. Próbowano już wiele razy powołać do życia wyższą szkołę zawodową. Może doczekam się z początkiem przyszłego nowego roku akademickiego 2010/2011, że w Kołobrzegu 1 października zabrzmi Gaudeamus igitur. Znaczy to przecież - radujmy się więc!
Dla polityka musi to być wielka satysfakcja, że może zaoferować coś swojemu miastu, w którym bądź się urodził, bądź rozpoczął swoje dorosłe życie. Ciekaw jestem, co politycy na ten temat sami sądzą? Satysfakcja z własnych możliwości czy radość, że pomogłem swoim?