Ta jedna niedziela…
Od dawna oczekiwałem na taki prawdziwy, niedzielny spacer nad morzem. Człowiek tu mieszka, a rzadko mu się to trafia. Wczesnym przedpołudniem rozpocząłem od dobrej kawy na Kamiennym Szańcu. Już kiedyś mi się tam spodobało. No i, niech się przyznam, do kawy była gorąca szarlotka z bitą śmietaną.
Wnet słońce z zielonej arenki szańca wyprowadziło mnie na spacer plażą nad brzegiem morza. Baraszkowali ludzie w morzu, grzywy fali biły po ich opalonych ciałach. Inni, leżąc na piasku w przeróżnych pozach, na skórze topili kremy z filtrami, aby gwałtownie nie przypiec jej na czerwono. W końcu na opalanie czas ma się przez dwa tygodnie urlopu. Niebieskie wieżyczki „Nivea” z ratownikami, chłopakami jak te lale, i paniami ratownikami – każda mogłaby być mis – pilnie obserwują, co dzieje się na kąpielisku. Są też przy brzegu z ostrym gwizdaniem na niepoprawnych, kapiących się przy palach ostrogów albo za czerwoną bojką. Wir, obsunięcie się dna morza pod nogami i tragedia gotowa. Dopiero kilka dni temu odratowano dwie panie, które były lekkomyślne i kąpieli zażywały przy plaży niestrzeżonej i przy jakichś „rupieciach” pod wodą. Czujność ratowników dała paniom drugie życie. Przestań się smucić czyjąś nierozwagą – mówię sobie. Na plaży jest wesoło i koniec z gadaniem, jak w tym Kołobrzegu nudno. Właśnie doszedłem do żółtego sektora plaży centralnej i tu proponuje mi się, w ramach sportów ekstremalnych, przejazd na bananie ciągnionym przez ślizgacz, z wywrotką na płyciźnie. Frajda dla młodych i sprawnych.
Na molo pustawo. Można tu skorzystać z kolejnej atrakcji, popływać ślizgaczem (obowiązkowo w kapokach, podobnie na bananie), który wywija zakręty w prawo i zaraz w lewo, i znowu w prawo, skacze nad grzywą fali, robi ostre nawroty. To tylko dla odważnych. Nad moją głową kilkakrotnie przeleciał samolot wlokąc za sobą reklamę – zapraszamy, zadzwoń… numer. Z lotniska w Bagiczu proponują loty widokowe nad Kołobrzegiem – mogłoby być o jedną atrakcję więcej.
Przeszedłem się promenadą Jana Szymańskiego, pomiędzy stołami handlarzy. A przy innej okazji powiedziałem sobie, że na promenadę wrócę we wrześniu Słowa nie dotrzymałem. W przyszłym roku, jak w TKK obiecywał jeden z wiceministrów w towarzystwie kołobrzeskiego posła, będzie takie prawo, że wyeliminuje dziki handel. Promenada będzie tylko na spacery i stoiska ze sztuką. Zbliżało się południe i czas na obiadową rybkę z jarzynami. Rachunek był wysoki, niczym się nie różnił od ceny w dobrej restauracji. Przecież w Kołobrzegu sezon – mówię do siebie – trzeba dać zarobić, by inni mogli przetrzymać jesień, zimę i wiosnę. Wówczas ceny tu niższe, gości na lekarstwo, to i przychody mizerne. A smaczniejszą rybkę zjem w domu – przyrzekłem sobie.
Idę pod Latarnię Morską. Tam przygotowania do wieczornego koncertu Rock nad Bałtykiem. Jeszcze nie wiedziałem, że wieczorem na scenie (tyłem do domku bosmana) zgaśnie światło i kapele przeniosą się do Kawiarni Muzycznej w Latarni. Też był w tym urok, jak pisały gazety.
Ledwo doszedłem do portu, a tu oblegli mnie bileterzy, zapraszając na ich statek, na spacer w morze. Ceny też dobre (!) – 25 złotych od osoby dorosłej i 15 złotych od dzieci (do lat… nie pamiętam). Za ich dwójkę i dwoje dzieci – 80 złotych. Takie rodziny najczęściej wchodziły po trapie na pokład statku. No tak, ale wczasy w kurorcie Kołobrzeg z wycieczką w morze, z przejazdem na ślizgaczu, na bananie, przelot samolotem nad wybrzeżem, posilając się dorszem – bardzo drogą obecnie rybą – muszą kosztować. Przecież to tylko dwie niedziele, a dla niektórych tylko… ta jedna niedziela – pocieszałem się w duchu.
Idę dalej gęsto zabudowaną dzielnicą portową. W parterach kamienic knajpka przy knajpce, wszędzie jakaś atrakcja gastronomiczna. Do ich odwiedzenia zachęcają, wystawione przed każdym wejściem, tablice z kaligraficznie wypisaną potrawą – specjalnością tylko tej restauracji. Przed wieloma atrakcyjne wyglądem kelnerki i kelnerzy uśmiechając się do przechodniów zapraszają do restauracji. Niejednego skuszą.
Zaszedłem jeszcze po pontonowym moście do przystani żeglarskiej, gdzie przez otwarte drzwi pieców – wędzarni kusiły pomarańczowe łososie. Piękny jacht skandynawski przemawiał do wyobraźni morską przygodą, ale ta nie dla mnie. Bez zazdrości patrzyłem na luksusowe fotele na górnym pokładzie, załoga chyba opalała się na plaży, bo takiej u nich nie ma.
Wracając pustymi ulicami miasta do domu – myślałem: czemu ci ludzie narzekają na nudę? Z większymi czy mniejszymi pieniędzmi można doznawać różnorodnych wrażeń i przeżyć. Nie mówię już o muzyce, bo jej różnorodność wielka, od klasyki po takie rodzaje, których nawet wymówić nie potrafię. Na to sobie mogę pozwolić. Kołobrzeg dla jednych „tańce, hulanka, swawola”, dla kołobrzeżan przeważnie – praca, bo wszyscy i wszystko w postawie: „czym możemy służyć, Gościu?”
Do sezonu w 2010!