Co po wyborach? Codzienność
Westchnienie ulgi po kampanii wyborczej.
Jeszcze wykresy frekwencji, słupki poparcia dla kandydatów, żale przegranych i można odreagować. Odetchnąć od głosów i twarzy, mając nadzieję, że będą zbyt zajęci, by zagościć w telewizji. Jestem optymistą? Telewizja na pewno zaprosi, by opowiedzieli, nie zgodzili się z przedmówcą, zagłuszyli sąsiada, wyrazili święte oburzenie… Jeszcze w rozmowach Polaków padają sumy wynagrodzeń, pomnożone przez kurs euro, z nutą zazdrości, że to nie dla mnie. Poczucie niesprawiedliwości rodzi się z tego, że niewiele wiemy o pracy europosła.
Bo też trudno uwierzyć w ciężką pracę pana Cz. słysząc jego wypowiedzi w każdej z możliwych telewizji, mówiącego o wszystkim z sugestią, że absolutnie ma rację. Kiedy pracuje w Brukseli czy Strasburgu, jeśli ma ciągły dyżur w studiu telewizyjnym? Zwątpienie w pracowitość posła ma słuszne podstawy, gdy się wie, że trzeba wyjechać, przyjechać, przygotować się do wywiadu, konferencji, spotkać się z kim trzeba. Rzadko publikuje się dane, ile razy i w jakiej sprawie zajął stanowisko, za czym głosował i co było jego osobistym sukcesem.
Większość wybranych znamy ze skłonności do konfliktów, pomówień i zachowań niestosownych, a już szczególnie manipulacji faktami i słowem. Przecież nie zmienią charakterów. Czy tacy będą i w Europarlamencie? Czy będziemy się wstydzić za ich gafy, słabą znajomość angielskiego czy wręcz brak kindersztuby?
Nie ma też pewności, że celowo wykorzystają fundusze na biura poselskie, na kontakty z wyborcami i podróże. Minister Julia Pitera nie będzie ich już prześwietlać. Dla niektórych immunitet jest przecież ucieczką przed sądem, a nawet przed odrzuceniem przez własny elektorat.
Wysokie wynagrodzenie, szczególnie w pojęciu przeciętnego Polaka, sugeruje, że wybraliśmy najlepszych, najmądrzejszych, uczciwych i „prawdziwych patriotów”.
Tymczasem słyszymy, że głosowaliśmy na partię. Zamiast europosłów oglądamy i słuchamy liderów partii. Przegrana to nie odrzucenie przez wyborców, lecz błąd fachowców od reklamy, od kampanii wyborczej, od wymyślania haseł i spotów telewizyjnych. Jakby całe wybory były wielkim konkursem czy rywalizacją sztabów zatrudnionych przez partie, a my tylko marionetkami.
Wiedzę o Europarlamencie mogłyby nam dostarczać media. Są już absolwenci politologii po praktykach w Brukseli i Strasburgu, po dziennikarstwie, by podjąć się tego. Przydałby się przedmiot w szkole średniej o Unii Europejskiej, by przygotować nowe pokolenie do świadomego uczestnictwa w jej życiu. Tymczasem albo się nas straszy grubymi tomami skomplikowanych przepisów, albo operuje ogólnikami, skrótami, angielską terminologią, niezrozumiałą dla starszego pokolenia. Na rzadkie spotkania z europosłami przychodzi niewielu, przeważają urzędnicy i „zmobilizowani” uczniowie. Może przestarzała forma tych spotkań odstrasza, bo ta sama od kilkudziesięciu lat, mimo zmiany ustroju, zbrzydła? A może zniechęca brak umiejętności atrakcyjnego i przekonującego sposobu komunikacji? Sztywni i jakby namaszczeni panowie na organizowanych przez partyjnych kolegów zebraniach to nie droga do umysłów przeciętnych ludzi. Może by tak na pewien czas powiesić majestat na kołku i po ludzku, na festynach, z okazji różnych świąt usiąść z nimi przy stoliku, spotkać się na skwerze, na placu? Jak to mówią młodzi – nadawać i odbierać na tych samych falach.
Bardzo żałuję, że Kołobrzeski Oddział Stowarzyszenia Polskiego „Dom Europejski” zaprzestał swojej działalności z bardzo prozaicznej przyczyny – brak funduszy. Ale też małą aktywność wykazywali sami członkowie stowarzyszenia, przeważnie urzędnicy, bo powstało ono na zawołanie miejscowej władzy, aby przypodobać się Warszawie. Urzędnicy poprzenosili się, awansowali, zmienili Kołobrzeg na większe miasta, a nawet na zagranicę. W międzyczasie Warszawa ogłosiła kapitulację i z powodów już znanych działalność zawiesiła. W wielu kołobrzeskich szkołach działały i zapewne (znam te szkoły) działają koła upowszechniające wiedzę o Unii Europejskiej, a jedno z gimnazjów przyjęło imię Zjednoczonej Europy.
Jestem za Unią. Wiązałem z nią wielkie nadzieje. Niecierpliwię się, że tak wolno zachodzą spodziewane zmiany w prawie, w przepisach, po prostu w życiu. Nie wiem, czy spodziewałem się zbyt wiele, czy też jesteśmy tak oporni na zmiany, mamy wyjątkowe zdolności do psucia nawet bardzo dobrych przedsięwzięć? Już nie mówię o autostradach, ale na każdym kroku potykam się o absurdy, o niedokończone eksperymenty, o zmieniające się wciąż przepisy, o ciągłe reformy reform. Dopłaty do projektów inwestycyjnych wprawdzie cieszą, ale już się boję, że wykonawstwo będzie byle jakie: w jezdniach – dziury, odpadnie tynk, aparatura za miliony zestarzeje się w magazynie, a dach zacznie przeciekać po roku.
Wreszcie chciałbym przestać zazdrościć moim sąsiadom zza Odry albo dalej na południu kontynentu tego, że żyje im się lepiej ode mnie. Są nadzieje na zmiany – Polska sięga po wysokie fotele w sprawowaniu unijnej władzy.