Jeżeli raj nie tu, to gdzie?

Cały dzień jechałem autobusem z Aten do Salonik. Wzgórza, przejeżdżając tunelem miałem nad sobą wysokie góry - z lewej – Masyw Olimpu (na 25 kilometrach szczyty od 760 do 2017 m n,p,m,),wzniesienia, naraz równiny: uprawne pola, winnice i oliwkowe gaje, zaś – z prawej – raz po raz wyłaniał się brzeg Morza Jońskiego, który towarzyszył mi aż do Salonik. Dopiero w czasie tej podróży uświadomiłem sobie, że tak wielką Grecję, blisko 132.000 km2 (Polska – blisko 313.000 km2), kraj górzysty, z dziesiątkami tysięcy kilometrów wybrzeża, zamieszkuje zaledwie 11 mln ludzi (z tego 3 mln Ateny, 1 mln Saloniki). Ogromne połacie nie zalesionych gór (nagie skały lub z porostami i trawą), niżej krzewy, czasami gaje oliwne. Ziemie przyległe do wsi (po kilka, kilkanaście domostw) dobrze uprawiane pszenicą, jęczmieniem, owsem, widziałem poletka ryżu, na zboczach południowych winna latorośl i plantacje oliwek. W Macedonii wielkie plantacje cytrusów, jabłoni, brzoskwini. Miasteczka, przez które przejeżdżałem, małe, z wąskimi uliczkami, ściśle zabudowane domkami z czerwoną dachówką, pośrodku mały ryneczek z restauracją, cukiernią i sklepem pod jednym dachem, a często i z przystankiem autobusowym. Na wielu dachach tych domków słoneczne kolektory ze zbiornikiem wody ogrzanej od słońca.

Po sześciu godzinach podróży – Saloniki (drugie miasto po Atenach). Ciągną się wzdłuż Zatoki Salonickiej, od portu promenada nadmorska z Białą Wieżą (muzeum miasta z elektroniczną informacją), dalej przystanie jachtowe klubów morskich, port jachtowy Kalamaria, wreszcie plaża prawie pod lotniskiem. Śródmieście od morza wznosi się na wzgórze, jakby było nim podparte; z wąskimi uliczkami, z domkami o czerwonych dachach, przed niektórymi kwiatowe ogródki. Centrum to Plac Arystotelesa (wiele nazw w Grecji nawiązuje od starożytnych filozofów). Chodziłem tu wiele razy, aby „porozmawiać” z Arystotelesem i potrzeć palec jego stopy (metal mocno wytarty). Czynią tak wszyscy. Czego sobie życzę? Powrotu tu! W pobliżu placu ruiny starożytnego rynku – Forum, ruiny murów obronnych, Rotunda, Łuk Galeriusza, dzieło sztuki sakralnej – kościół św. Dymitra (patron Salonik). Innego przedpołudnia spacerowałem po halach targowych pełnych ryb i owoców morza, najróżniejszych mięs, najwięcej baraniny, dalej południowe owoce ze smacznymi pomarańczami (takich jeszcze nie jadłem) i słynąca sławą grecka chałwa (i to prawda!). Zastanowiło mnie, że mięso, ryby – leżą na straganach, ludzie przebierają, chodzą obok, a sprzedawcy nie mają śnieżnobiałych fartuchów. Krzyki, nawoływania, harmider, a obok restauracyjki, tawerny, w których pełno gości, nawet oczekują na miejsce przy stoliku. No bo i produkt świeży, obsługa szybka i widocznie kuchnia dobra. Nie sądzę, by przejmowano się tu (tak ja u nas) unijnymi normami sanitarnymi.

Na pierwszym obiedzie właśnie tam próbowałem owoców morza; przypadły mi do gustu pieczone kalmary i szprotki, a w sałatce feta, do tego piłem anyżówkę z lodem. Z reguły obiad grecki jest prosty – może być to ziemniak „w mundurku” przekrojony w pół i polany cacykami (biały sos twarogowy z ziołami), baranina (też próbowałem). Najpierw dostałem biały chleb i szklankę wody (w lepszych restauracjach woda podawana jest w dzbanach). Na stole zawsze oliwa z oliwek, ocet winny, przyprawy. Później sałata - rukola, pomidory, ogórki, cebula, oliwki, feta (!), a wszystko polane oliwą i octem winnym. I dopiero po sałacie danie mięsne (gulasz, pieczeń barania, wieprzowa, wołowa, drób, ryba) albo zapiekanka (z bakłażanem, papryką, pomidorami, cukinią), ryż, makaron, małe porcje ziemniaków (w Grecji są jarzyną) lub frytki, często posypane tartym serem.

Z Salonik w trzy godziny na Meteory (znaczy: wiszące w powietrzu). To fenomen przyrody – kamienne ostańce są w masywie górskim Olimpu i Ossas. Święte Meteory, Prawosławne Centrum Monastycyzmu w Grecji – w październiku 1995 roku państwo greckie ogłosiło Meteory „miejscem świętym, niezmiennym, nienaruszalnym”. Usłyszałem od przebywającego w pobliżu mnie Polaka: „urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą, że jest mi dane spoglądać na takie dzieło”. Nie tylko przyrody, ale i dzieło ducha; na gołych, płaskich szczytach skał (dochodzą do wysokości 400 metrów), pomiędzy ziemią a niebem zawieszone są klasztory z kościółkami. Do Meteorów przybywają pielgrzymi (bardzo wielu rosyjskojęzycznych), aby prosić Boga o łaski. Latami budowano tu klasztory i katolikony. Niektóre są dziś ruiną, inne zachowały się i pełnią swoją rolę. Zwiedziłem kilka monastyrów i do dzisiaj jestem oszołomiony ich architekturą i otoczeniem. Również wszystkim tym, co służy wiernym i zwykłym turystom: zbiorom sztuki sakralnej i materialnej. Chętnie zgodziłbym się na zjazd w worze ze szczytu skały w dół, jak czynili to mnisi, którzy udawali się na ziemię po dobra konieczne do życia i budowania, ale wybrałem bezpieczniejsze schody i mostki zawieszone nad przepaściami. Z monasteru po nich wróciłem na ziemię.

Przyszedł dzień na muzea: Sztuki Bizantyjskiej i Archeologiczne. Zbiory bardzo bogate – antyczne złote ozdoby, maski, wieńce, naczynia z brązu, rzeźby w marmurze; wiele z nich pokazuje Aleksandra Macedońskiego i jego epokę oraz czasy rzymskie (posąg Augusta). Później podróże autobusem wszerz i wzdłuż Salonik. Na górę, do twierdzy wąskimi uliczkami, aż strach mnie ogarniał, czy autobus nie zerwie bram domków i witryn sklepików. Tam na samej górze miasta – twierdza – ogromne jej mury i bramy, a na łączkach obok czerwone maki (coś mi to przypominało, ale refleksję zakończyłem ich fotografowaniem). Wysokie miasto nie spaliło się w pożarze w 1917 roku, stąd mogłem przyglądać się starym domostwom: okno w okno, dachy – tarasami, na nich wygrzewają się koty i donice z roślinami; labirynty uliczek. Zaś wieczorem tego dnia podejmowany byłem lodami. Same nazwy podniecały: Czarna Afrodyta, Saloniki… Były wyśmienite. Panie w tej kawiarni dostawały róże, a wychodząc aż do drzwi towarzyszył mi jej włąściciel.

Do ciekawych należały wyjazdy na wieś, do winnic. Wpierw pola z winoroślą, uprawiane i pielęgnowane przez rodzinę, która zamieszkuje w mieście, ale tu w domeczku wszystko, czego plantacja wymaga. Winnice niewielkie obszarem – 10 do 15 ha, i żadnej chemii. Ekologiczna produkcja i produkt. To się ceni i ma cenę. 50.000 butelek takiego wina pozwala utrzymać rodzinę. Tutaj wino dojrzewa (jak to mi mówiono pod kontrolą), beczkuje, butelkuje i sprzedaje (najczęściej butelka kosztuje 10 euro, ale są i po 9, a nawet po 3 euro). Białe z zeszłego roku, nieco starsze i starsze wino czerwone. Próbowałem – oba wyśmienite. Smak zależy od szczepu winorośli (ta ściśle związana jest z rodzajem gleby), wiedzy i doświadczenia plantatora. Obie winiarnie, które odwiedziłem, miały wina ze srebrnym i złotym medalem, a jedna z nich szczyciła się, że kilka dni wcześniej był tu z wizytą premier Cypru.

Trafiłem na święto narodowe Grecji 1 Maja. Grecy w tym dniu wyjeżdżają na majówki (życie w mieście zamiera, łącznie z handlem i komunikacją). Zbiera się kwiaty, wije wianki i ozdabia nimi nawet samochody. Pojechałem i ja… do sąsiedniego województwa Veria (to królewna Północnej Grecji), do miasteczka Naoussa (półtorej godziny od Salonik). Region z rzeką i największym jeziorem Grecji, a miasto z niezwykłym parkiem rozrywki i miejscem, gdzie Arystoteles uczył Aleksandra Wielkiego. W parku bardzo stary drzewostan platanów, też drzew młodszych, rzeka, na niej mostki, staw, wiele innych miejsc rozrywki, kiermasze, kawiarnie, restauracje, alejki spacerowe, w centrum kościół św. Mikołaja dla wiernych. Atmosfera świętowania; co chwilę krople z nieba, ale ludzi przybywa – w restauracjach już tłoczno, trudno o miejsce przy stole. Pijąc kawę, przyglądałem się rozbawionym Grekom, którzy całymi rodzinami ( przeważnie trzy pokolenia) zasiadali do długiego obiadu z wielu dań, ale niewielkiej ilości wina.

Sama Grecja z dnia na dzień stawała mi się bardziej bliska i barwna. A mój znajomy Grek? Był bardzo przyjazny, zakochany w swoim kraju i Salonikach, bo tu wszystko najlepsze, najpiękniejsze i pierwsze na świecie. Niech mu tak będzie, bo kiedy przekraczałem bramę parku rozrywki w Naoussa powiedział: „Jeżeli raj nie tu, to gdzie?” Tak, byłem w raju!

kom

2 Odpowiedzi do “Jeżeli raj nie tu, to gdzie?”

  1. Mirosław Napisał(a):

    Od autora - oczywiście w drugim zdaniu powinno być - “….wyłania się brzeg Morza Egejskiego”. Przepraszam M.B.

  2. Halina Napisał(a):

    Bardzo podobał mi się Pański felieton.Pełen szczegółowych informacji postrzeżonych przez turystę,który zawitał do tego, tak odmiennego kulturowo kraju.Dla mnie tym bardziej ciekawy,że sama postawiłam na tej ziemi swoją stopę.Było to 24 lata temu.Wybrałam się tam z moim bratem Zbyszkiem i naszymi córkami.Wtedy to naprawdę była wyprawa.Samochód marki fiat125 ,namiot,butla turystyczna ,śpiwory puszki konserwy turystycznej itp.Załadowani po dach wyruszyliśmy na podbój Grecji,do Salonik w towarzystwie znanej w Kołobrzegu rodziny lekarskiej.Po drodze kontrole ,granice Rosji,Rumuni Bułgarii istny koszmar.Po trudach dojechaliśmy.Rozłożyliśmy namioty nad brzegiem morza w pięknie urządzonym polu namiotowym/wyposażonym w sanitariaty i kuchnie/.Zaczęliśmy się rozkoszować klimatem,ciepłym morzem i skromnie wydając środki kosztowaliśmy kuchnię grecką popijając wino i Metaxę.A smak owoców pozostał na długo w naszej pamięci.I tak pożyliśmy w raju 2 tygodnie.Serdecznie pozdrawiam.

Zostaw Odpowiedź

Adres Emial podany w tym formularzu nie będzie publikowany i jest tylko do wiadomości autora strony.