Marmurowe Ateny w zapachu kwiatów pomarańczy

Opisywać Ateny to porywać się z motyką na słońce. I choć cukierkowe fotografie w albumach są powszechnie znane, każdy zwiedzający ma swój obraz. Ja też.

W prawosławną Wielkanoc w godzinach wieczornych witam Akropol. Wzruszył mnie widok oświetlonych murów i kolumn świątyni Ateny – Partenonu. Stoję na marmurowych płytach Plaki i wreszcie patrzę na święte miejsce Aten. Plaka – dzielnica pod Akropolem, o krok od antycznej Agory, pełna starożytnych pozostałości, neoklasycznych budynków, frankońskich domów, kościołów, restauracji, kawiarni, nocnych klubów. Wzdłuż i wszerz wąskich uliczek restauracje rozstawiły stoły, a nawołujący zapraszają: „u nas kuchnia grecka; najtaniej”. Zasiadłem, natychmiast pojawił się kelner, zamówiłem kufel greckiego piwa i sączyłem je słuchając greckiej muzyki. Otwarte sklepiki z biżuterią, pamiątkami i różnościami zapraszają turystów. Gwar, nawoływania, muzyka i zapach potraw – życie tętni tu późną nocą i nie wiem, kiedy Plaka usypia.

Rano budzi mnie słońce – wydaje się jaśniejsze niż nad Kołobrzegiem. Akropol dominuje nad miastem, jakby zawieszony w powietrzu. Widać go z każdego miejsca Aten. Święta Skała była zamieszkana 6000 lat temu. Do miejsca poświęconego boginie Atenie (z 460 – 429 roku p.n.e.) coraz bliżej. Partenon był zmieniany to na prawosławny kościół, to na meczet, trawiły go też wojny i pożary. Idę marmurowymi świętymi schodami Propylejów. Kamienie pozornie rozrzucone, ale każdy jest policzony i opatrzony numerem, strzeżony przez strażników. W pobliżu świątynia Ateny Nike (zbudowana w V wieku p.n.e., a teraz cała w rusztowaniach). Po przeciwnej stronie kapłanki – Kariatydy podtrzymują dach świątyni na swoich głowach – to Erechtejon. Obok święte drzewko oliwne, które wydobyła z ziemi Atena, rywalizując z Posejdonem o opiekę nad miastem.

Wspinając się do Partenonu zatrzymałem się na dłuższą chwilę przed Teatrem Dionizosa (obok Sanktuarium Dionizosa). Teatr starożytnej Grecji miałem przed oczami z wielu fotografii, ale ten prawdziwy dopiero wywarł na mnie wrażenie. Marmurowe siedzenia na 20.000 widzów w 78 amfiteatralnych rzędach (w pierwszym rzędzie 67 marmurowych tronów dla kapłanów, przywódców i notabli). I drugi teatr u stóp Akropolu – Odeon – zbudowany w II wieku na 5000 widzów, główne miejsce dzisiejszego Ateńskiego Festiwalu dramatu, muzyki i pieśni.

Wędrówkę ulicami Aten rozpoczynam od Olimpejonu – świątyni Zeusa Olimpijskiego; przetrwało 16 kolumn korynckich i fragmenty architrawu. I tu śmiesznostka: przy wejściu na plac leży kilka kamyczków, sięgam po jeden, a strażniczka grozi palcem. Odłożyłem. Chyba były położone na tak zwane pokuszenie. Obok Łuk Hadriana (zbudowany w 132 roku). Zbiegiem okoliczności jego obraz od lat wisi na ścianie mojego pokoju. Łuk ten to granica Aten antycznych i rzymskich: na zachodniej elewacji inskrypcja głosi: „To są Ateny, starożytne miasto Tezeusza”, a na wschodniej: „To są Ateny Hadriana, nie Tezeusza”.

Ulicami Aten dochodzę do Stadionu Olimpijskiego, który stoi na miejscu starożytnego z 339 roku p.n.e. na 60.000 widzów (wszystkie siedzenia z marmuru). Dziś stadion lekkoatletyczny.

W całych Atenach wzdłuż ulic drzewa pomarańczy, na nich (lub pod) jeszcze owoce, a na gałązkach między błyszczącymi listkami kremowe kwiaty na przyszłe owoce. Zapach rozchodzi się wokół i powoli się z nim oswajam. Przy ulicy Amalia wchodzę do Ogrodu Narodowego, nazywanego też Parkiem Królewskim (z 1839 roku). 150.000 włoskich kwiatów i krzewów, później dodano greckie. Przegląd śródziemnomorskiej, i nie tylko, przyrody. Są ptaki, kozy, osiołki (próbował z jednym rozmawiać przygodnie spotkany tam Polak „na promilach”, ale osioł nie chciał mu pozować do zdjęcia, bo wulgarny język „fotografa” go obrażał). Wreszcie w słońcu, dla mnie zbyt gorącym, dochodzę do gmachu parlamentu. Oglądam zmianę warty honorowej przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Paradny krok żołnierzy ma coś z greckiego tańca, a mundury – ze strojów ludowych (ich galerię oglądałem w Delfach). Powszechny podziw budzą pompony na wyciągniętych do przodu noskach butów, te zaś podbite gwoździami, aby w paradnym marszu słychać było ich trzask o marmurowe płyty. Te paradne „mundury” to białe rajstopy, plisowane spódniczki, szerokie rękawy koszul i haftowane kubraczki, a przy czapkach frędzle. Taka zmiana warty trwa kilka minut i gromadzi tłumy turystów. Na końcu fotka z wartownikiem. Nie jest zabroniona.

Następnego dnia, z samego rana, wyprawa do wschodniej części Aten, na Likabet (góra widokowa). Ulice znowu w zapachu kwiatów pomarańczy. Pokonałem ponad 200 marmurowych schodów (w Grecji wszystko jest z marmuru, nawet obramowanie lustra w hotelowych łazienkach) i wyciągiem na szczyt góry. Co za widok Akropolu i Aten! Obfotografowałem miasto dookoła. Na czas wspomnień będą grube albumy zdjęć. Przyszedł czas na Narodowe Muzeum Archeologiczne. Kolekcja greckiej sztuki antycznej (najwspanialsza na świecie) ze złotymi maskami, posągiem Zeusa i małego jeźdźca, słynnymi innymi rzeźbami greckimi i ceramiką antyczną.

Być w Atenach, a nie pospacerować po Agorze? Dziś to wielki plac, gdzie białe marmurowe zarysy budowli i kolumn chowają się w cień zielonych drzew i krzewów. Jej granice określa odrestaurowana Stoa Attalosa i, po przeciwnej stronie na wzgórzu, świątynia Hefajstosa. Najlepiej zachowana nawet z częścią rzeźb na metopach. Dopiero ilustracja w przewodniku pozwoliła mi wyobrazić sobie, jak to miejsce wyglądało w starożytności, jakie tam stały budowle, którędy przechodziła święta droga i gdzie mógł spacerować Sokrates ze swoimi uczniami. Dziś odbudowana stoa pokazuje turystom wykopane na Agorze rzeźby i przedmioty.

Zapach kwitnących pomarańczy towarzyszył mi do końca pobytu w Grecji, podobnie jak wszechobecny marmur. Marmur w metrze, na placach, na elewacjach uniwersytetu i akademii, potężnych budynków. Z marmuru blaty stołów, fontanny, pomniki. Skąd tyle marmuru? Dziwiłem się do chwili wyjazdu z Aten do Delf, a później Macedonii. Co kilka minut mijałem okaleczone kamieniołomami góry. Każda okolica ma więc swój marmur, a że ten ma różne kolory i wzory, więc jest co podziwiać i czego zazdrościć. I tylko gór żal, bo – niestety – oszpecone.

kom

Zostaw Odpowiedź

Adres Emial podany w tym formularzu nie będzie publikowany i jest tylko do wiadomości autora strony.