Kołobrzeskie święto
Każde zbliżające się święta rodzą we mnie radość. Już wiele razy pisałem o świętach: odzyskania niepodległości przez Polskę, bożonarodzeniowych, wielkanocnych, świętach majowych, ale do tej pory mniej uwagi poświęciłem świętom lokalnym – chociażby kołobrzeskim dniom marcowym.
Czy Święto 18 Marca jest dla mnie radosne?
Rozumiem powagę uroczystości, jakie odbywają się na Cmentarzu Wojennym, pod pomnikami ku czci poległych żołnierzy, którzy walczyli o Kołobrzeg. Rozumiem też oddawany szacunek żyjącym byłym żołnierzom, którzy tu walczyli. I to jest wszystko w porządku. Miejscom Pamięci Narodowej, sztandarom, weteranom walk o wolność i niepodległość Polski, Pionierom Kołobrzegu trzeba się pokłonić i oddać hołd. Nie może zaginąć pamięć o tym, co działo się 64 lata temu.
Czy trzeba odtwarzać, inscenizować sceny wojenne? Ciekawi to dzieci i bardzo młodych, bo dużo huku, dymu i ryku silników, wojsko w mundurach innych niż współczesne, do których przyzwyczaiło się nasze oko. Inna broń w rękach czy na ramieniu aktorów walki. Z pełnym szacunkiem do grup rekonstrukcyjnych, które odtwarzając sceny historyczne budzą zainteresowanie wielu ludzi, nie tylko młodych wiekiem. Szanuję też nakład pracy organizacyjnej i logistycznej, jaki włożono w próbę rekonstrukcji scen z walki na Towarowej i o kołobrzeski port. Zapewne wiele to kosztowało pieniędzy, nieważne kogo. Próbowano pokazać wielki wysiłek polskiego żołnierza w walce z wrogiem tamtych lat. Wiadomo, była to tylko inscenizacja. Wzbudziła ciekawość, a widzowie rzęsistymi oklaskami nagradzali aktorów (duża część nic nie widziała, bo nie można wymagać zbudowania na tę okoliczność amfiteatralnej widowni).
Ale muszę przyznać, że chciałbym odpocząć od wojennej tematyki i tworzonej przez nią atmosfery. Czy walki o Kołobrzeg toczyły się o wyzwolenie, czy po prostu z faszystowskimi Niemcami? Cieszę się, że dziś to polskie miasto, a jego mieszkańcy to Polacy, ale historii nie da się zmienić. Od średniowiecza walczyli o nie Duńczycy, Szwedzi, Niemcy, Rosjanie, Francuzi, wreszcie Polacy. Miasto było twierdzą, zanim stało się kurortem, by w czasie ostatniej wojny znowu wrócić do tej wojennej funkcji. Przez cały PRL ten charakter zachowało, choć określano je również mianem kurortu – z każdej jego strony koszary, wielka ilość broni, port wojenny. Nocą kolumny czołgów przejeżdżały ulicami udając się na poligony. Nie było uroczystości bez udziału wojska, wysokich stopniem oficerów, wojskowej orkiestry. W końcu wydawało się to nawet normalne. Zespoły artystyczne wyśpiewywały piosenki o wojsku i o wojnie, a amfiteatr pękał w szwach, to znaczy, że się to podobało. W muzeum do oglądania okazy wszelkiej broni. I kiedy wreszcie Kołobrzeg powrócił do statusu tylko uzdrowiska, w dawnych koszarach zamieszkali cywile, a czołgi stały się atrakcją dla dzieci i miłośników militariów w ośrodku na Koszalińskiej, robimy przedstawienia wojenne. Jakby za mało było Muzeum Oręża Polskiego, rocznicowych spotkań z kombatantami i pionierami.
Czy to była lekcja historii, jak tego chcieli organizatorzy? Nie sądzę. Krótki fragment walki o miasto, gdzie wszyscy udają, jest imprezą teatralną. Dużo w niej naturalizmu, starań o efekty, ale widz po chwili oglądania idzie do pobliskiej kawiarni z dziećmi na lody i rozmawia o zaletach swego samochodu lub psa.
A może należy znaleźć inną formę obchodów 18 Marca (organizatorzy już planują na przyszły rok efektowniejsze widowisko)? Pieniądze, które przeznacza się na wojenny spektakl (sądzę, że duże pieniądze), przeznaczyć na sanatoryjny pobyt w „Kombatancie” byłych uczestników walk. Nie jest ich tak wielu, a jakby się tym uradowali! Jeśli ze względu na wiek nie będą mogli z tego skorzystać, dać im w zamian po prostu pieniądze. W hołdzie poległym, oprócz Apelu na Cmentarzu Wojennym, ofiarować ich rodzinom piękne pamiątki, na przykład albumy o mieście, kroniki. Nich by się ucieszyli, że śmierć ich bliskich pozwoliła zaistnieć pięknemu miastu.
Zgadzam się z panem pułkownikiem Zenonem Steinem, który swoją ocenę imprezy dał w „Głosie Koszalińskim”. On był żołnierzem i walczył, więc tej historii nie musi się uczyć, a widowisko go nie cieszy. Ja nie walczyłem, ale przeżyłem w tym mieście większość mojego życia i – oddając bohaterom, co im się należy – wolę widzieć Kołobrzeg miastem żywych i życia.