Uczyć rządzenia?
Od najdawniejszych czasów określano kształty ustrojów i zastanawiano się nad formami rządzenia. Jeszcze przed Sokratesem wypowiadano się na temat sztuki rządzenia. Arystoteles głosił, że władza to naturalne panowanie jednych i podporządkowanie się im drugich. Trudno właśnie o tę równowagę: do jakich granic jestem wolny, a kiedy muszę się podporządkować? Aleksandra Macedońskiego do rządzenia przygotowywał właśnie Arystoteles, a drugi filozof – Diogenes – dał do zrozumienia, że władca mu niepotrzebny, bo zasłania słońce. Ten sam czas, a jakże było trudno znaleźć podobną ocenę rządu, nawet wśród filozofów. Mimo ogromnej wiedzy na temat rządzenia i znajomości różnych złych i dobrych rządów, nie udawało się stworzyć tej sztuki. Współcześnie rządzący też przygotowują się do jej opanowania. Są absolwentami wielu uczelni krajowych i zagranicznych. Odbywają praktyki asystenckie u najlepszych, którzy – ich zdaniem – tę sztukę opanowali do „perfekcji”. Są uznawanymi politykami.
„Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio” mówi artykuł 4 Konstytucji RP. I to sprawowanie władzy przez przedstawicieli jeszcze by uszło. Przecież sejm i senat tworzy i poprawia prawo, rząd krajem rządzi (mimo, że dopadł nas kryzys, nieobcy też innym państwom), województwo ma się nie najgorzej, powiat jest dostrzegany i funduje sobie eurodeputowanego, dobrze ma się miasto – inwestycja po inwestycji, drogi, ronda, nowy port, kultura kwitnie (już dwie galerie), impreza goni imprezę. Niby wszystko dobrze, a ja mam ciągle niedosyt. Władza – wydaje mi się – daleko ode mnie. O nic mnie nie pyta, nie wiem nawet czy korzysta z sugestii obywateli. W dyskusji kolega odkrył swoje marzenia, by jak w Szwajcarii mógł w referendach decydować o sprawach swojego miasta czy powiatu. Trudno mi sobie wyobrazić nieustanne referendum, gdy u nas nie dobro ogółu, ale moja miedza jest najważniejsza. Z drugiej strony bardzo mnie oburzyło, gdy kilka dni temu jeden z aktywnych radnych, pełniący również kierowniczy urząd w opiece społecznej, w naszej kablówce powiedział: „nie ma to być miasto tylko dla emerytów”. Co to znaczy „tylko”? Rzeczywiście liczba emerytów rośnie, szczególnie na emeryturach przyspieszonych, pomostowych itd., ale nie świadczy to o utracie przez nich czynnego udziału w życiu miasta. Jest ono dla tych, którzy dzisiaj się urodzili, dla dzieci i dla dorosłych w każdym wieku.
Myślę, że są pewne stałe normy, obowiązujące sprawujących władzę i sposoby jej sprawowania – od czasów Hammurabiego do dziś. I przez cały ten czas je łamano, omijano, psuto i naprawiano. Zawsze były tego powody. Nie dziwi mnie więc to, co słyszę i oglądam. Jeśli do wszystkich czynników, wpływających na kształt sprawowania rządów, jak ekonomia, ideologia, relacja z sąsiadami i klęski żywiołowe doda się osobowość ludzi na tak zwanych szczytach, to trudno z tego labiryntu znaleźć wyjście.
Rzuca się wyraźnie w oczy, że rządzenie zamienia się w ciągłą walkę o władzę. Aby ją utrzymać i aby zdobyć. Samo kierowanie krajem, polepszanie prawa, nadzorowanie i kontrola administracji – odkłada się na później. Czas teraźniejszy wypełniają słupki poparcia, zdobywanie zaplecza i nokautowanie lub przynajmniej osłabianie przeciwnika. Tym zajmują się przywódcy partii na każdym szczeblu. Atmosferę tej psychologicznej wojny na górze podniecają media, ale też demaskują i pozwalają obejrzeć ludziom chore ambicje, miałkość intelektualną, zawiść i pychę tych, którzy poświęcają się za miliony i cierpią „patrząc na ojczyznę biedną”. Już dawno zapomnieli o tym, czego ich uczono, przed czym przestrzegano, jakie dawano wzory – kiedyś tam. Albo ślepo idą za swoim guru, albo sami się na niego kreują.
Często nawet związki zawodowe przejmują rolę władzy. Przynajmniej ostro próbują ją zwalczać. Za to stróże władzy brutalnie do tej związkowej władzy się odnoszą. Cóż czynić, kiedy przed centralnymi gmachami płoną opony samochodowe i wybuchają środki wyniesione prosto z kopalni?
Szkoła byłego premiera, która w Krakowie miała przygotowywać kadry rządowe – upadła. I nie ma czego żałować. Kiedy czytam, jaka była droga do posłowania, do urzędu ministerialnego czy prezesa banku wielu dzisiejszych polityków, to dochodzę do wniosku, że i tak niczego by nie zmieniła. Drabiną do sukcesu bardzo rzadko są kompetencje i pracowitość, zaś prawie zawsze wierność partii i popieranie ludzi bardziej przebojowych, którzy potrafią ciągnąć za sobą. Gotowi zwalczyć obrzydzenie do czerwonego krawatu, jeśli to modne, całować ręce gospodyń wiejskich, nie mówiąc o przypiekaniu się w solarium i kupowaniu kosztownych garniturów. Spore pieniądze idą na wizażystów i reżyserów od poruszania kończynami, szczególnie górnymi. Byle się podobać, bo przecież i tak nie słuchają, co się mówi, a zresztą znajdzie się słowo na słowo. Znalazłem w „Balladzie o wzgardliwym wisielcu” Stanisława Rebeka pytanie: „Dlaczego tak rzadko w dziejach władza dostaje się do rąk rozsądnych”.
Rzadko kto z tych sprawujących władzę zadaje sobie pytanie: jak mnie zapamiętają? Pamięć przecież krótka, chyba że ktoś się wyjątkowo wygłupi.
marzec 5, 2009 | 22:33
Panie Mirku, tu mozna spokojnie pogratulować….
http://e-kg.pl/wydarzenia/951-razem-przez-50-lat.html